Prozaicy to blog, na którym organizowane są konkursy literackie, od czasu do czasu pojawią się różne porady dotyczące pisania, wskazówki albo recenzje, felietony, reportaże. Blog ma na celu nie tylko popularyzowanie wśród młodych osób czytanie książek, ale też zachęcanie do tworzenia własnych opowiadań i powieści, które w przyszłości mają szanse pojawić się na domowych biblioteczkach.
Kontakt: E-MAIL: PROZAICY@VP.PL oraz FACEBOOK: TUTAJ

"Przeminęło z wiatrem" - Margaret Mitchell


Może banalnie i mało wyrafinowanie, może zbyt prosto i bez wymagań, ale z drugiej strony – przecież klasyka, przecież każdy się śmieje i mówi “przeminęło z wiatrem”, gdzieś w kącie umysłu mając świadomość, że to tytuł, że książka, że film.
Trzy tomy “
Przeminęło z wiatrem” przeczytałam w sześć dni. Dwa pierwsze były dość ciężkie, potem było coraz lepiej. Przeczytałam dopiero teraz, ale przeczytałam, bo przecież lubię poznawać rzeczy, o których wie każdy, ale tak naprawdę znają tylko nieliczni. Bo stwierdziłam, że co mi po “przeminęło z wiatrem”, skoro nie wiem, co konkretnie z nim uleciało. Ale teraz już wiem. Miłość uleciała. Dobre obyczaje uleciały. Przeminął czas na śmiech razem z chwilą, w której jeszcze nie było za późno.

Nie wiem, czy mi się podobała ta powieść. Trudno zresztą pisać o czymś, co tak bardzo wychwalane było przez innych i co – mogłoby się wydawać – musi się spodobać. Wiem tylko, że głównej bohaterki tej opowieści nie lubię z całego serca.

A o reszcie pomyślę jutro. Przecież jutro też jest dzień.

Pani Margaret Mitchell stworzyła historię dziewczyny imieniem Scarlett O'Hara, dziewczyny pięknej i pożądanej, która z uroczego podlotka pod wpływem wojny zmienia się w kobietę trudną, bezwzględną i bez serca, wciąż mimo wszystko pozostając dzieckiem.

Bo tylko dzieci potrafią być tak okrutne.

Scarlett O'Hara niemal nigdy w swoim życiu nie była samotna. Bo była otoczona siostrami, kochanym ojcem Geraldem, w którym płynęła czysta irlandzka, gwałtowna i wzburzona krew, obok niej była dobra, wyrozumiała matka Ellen, była murzyńska niania Mammy, był niewolnik Pork a potem Darcy i jeszcze setka innych czarnych niewolników, była dobra i naiwna Melania, potem Ashley i Rhett, były jej dzieci, była panna Pittypat, było mnóstwo adoratorów, jeden mąż a potem i kolejni. Bo państwo O'Hara byli Georgijczykami, prawdziwymi Południowcami z ubóstwianej Tary, byli konfederackimi, bogatymi plantatorami. Mieli się dobrze, tak samo jak mieli się dobrze ich sąsiedzi. Ale potem przyszła secesja i dobrze być przestało.
Powieść jest niezwykle obszerna, trudno więc wyczuć mi ten moment, w którym powinnam przestać opisywać fabułę i streszczać ją. Powiem jeszcze tylko, że na początku głównym problemem Scarlett było to, czy założyć suknię zieloną czy może nie, czy by mogła choć na chwilę przestać być damą, czy w końcu Ashley ją pokocha. Później jej problemem było to, czy sprzedać swoje ciało za trzysta dolarów człowiekowi, którego szczerze nienawidzili wszyscy ludzie w powiecie, ale który miał pieniądze i ładnego konia. No i to postanowienie:

Bóg mi świadkiem, że nigdy nie będę już głodna.

Charakter Scarlett O'Hary jest bardzo dobrze zarysowany, zresztą podobnie jak każdej innej postaci w “Przeminęło z wiatrem”. Pod tym względem muszę powiedzieć, że pani Mitchell zrobiła naprawdę kawał mistrzowskiej roboty, bo naprawdę nieczęsto się zdarza (albo od dawna się nie zdarzyło), żebym aż z takimi emocjami czytała jakąś książkę.
Nie lubię Scarlett O'Hary, bo jest przede wszystkim głupia. I to nie dlatego, że nie przypadła mi do gustu. Jest głupia w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jest durna w ten nieprzyjemny dla mnie sposób. Jest dziecinna.
Tak jakby się zastanowić, nie lubię żadnej damskiej postaci w książce, choć kilka z nich są mi obojętne. Nie lubię Melanii, bo jej jedyną wadą jest to, że jest za dobra. Nie lubię ciotki Pitypatt, bo jest po prostu ciotką. Nie lubię...
Za to ci męscy bohaterowie, tu już jest o niebo lepiej!
Ashley Wilkes, miłość Scarlett, jest tym typem, co to marzy, co to czyta książki i nie przepada za polowaniem, choć jest w tym dobry. Co to lubi muzykę i poezję i jest taki dobry, mądry i spokojny.
Rhett Butler, choć na początku wydaje się dość nieprzyjemny, od razu zapadł mi w pamięć. Ten z kolei jest ironiczny, wyśmiewa się ze wszystkiego i ze wszystkich, jest bogaty, szczery i potrafi bezbłędnie rozszyfrować ludzi. On działa. W gruncie rzeczy nie jest złym człowiekiem, choć wstydzi się swojej dobroci.
I tu rozgrywa się bitwa pomiędzy Rhettem i Ashleyem. Nie wiem, którego z nich darzę większą sympatią, choć trzeba przyznać, że jest dobrze się im przypatrzymy, to są oni naprawdę do siebie podobni.
Książka też w bardzo dobry sposób opisuje kulturę dziewiętnastowieczną, opisuje secesję, stosunki pomiędzy czarnymi i białymi, między jankesami i konfederatami. Tak mnie nauczyli, że to ci z Północy byli dobrzy, a Margaret Mitchell opowiedziała o czymś, co zachwiało tym moim dość naiwnym przekonaniem. To dobrze. Pomiędzy całą tą otoczką jest garść informacji na temat Stanów w ówczesnym czasie, na temat obyczajów, na temat wojny i tym, co dzieje się nie tylko na froncie.
Choć powieść ta, po przeczytaniu wszystkich trzech tomów, wywołała u mnie tylko złość na główną bohaterkę i okrzyk “głupoty!”, to jednak nie żałuję, że ją przeczytałam. Wręcz przeciwnie – musiałam ją przeczytać do końca, bo chciałam się dowiedzieć, co też się wydarzy dalej w życiu Scarlett. Oczywiście, jest kilka aspektów, które osobiście bym zmieniła (na przykład zakończenie - według mnie jest dość... krzywdzące dla czytelnika), niektóre wątki bym skróciła, inne wydłużyła, ale “Przeminęło z wiatrem” naprawdę wszystkim polecam. Jeśli są też tacy, którzy wciąż nie mieli tej książki w ręce, to zachęcam, żeby się za nią zabrali – bo choć dla niektórych może się wydać bardzo irytująca, to jednak warto przez nią przebrnąć. Ot tak, żeby potem móc ponarzekać.

Frankly, my dear, I don't give a damn. 


halska.

20 komentarzy:

  1. O, uwielbiam "Przeminęło z wiatrem", i książkę, i film (choć książka, oczywiście, lepsza, mimo że film genialnie oddaje jej klimat). Nie wiem, może więcej u mnie zachwytów, bo przeczytałam ją, będąc młodszą, chyba ze czternaście lat miałam, ale tak czy inaczej jest to jedna z powieści, do których bardzo chętnie bym wróciła.
    I powiem Ci, że nigdy nie zauważyłam, jakoby Scarlett była głupia. Dziecinna, owszem, nawet bardzo, ale głupia? Zawsze patrzyłam na nią raczej od tej "przedsiębiorczej" strony, która się w niej prędko wyrobiła, że była zaradna i dawała radę nie tylko utrzymać siebie i sporą rodzinę (wliczając w to niewolników oraz Melanię z jej dzieckiem), ale też dojść do celów (po trupach, a i owszem, ale dochodziła - chciała być bogata i nigdy więcej nie zaznać biedy i tak też się stało). A tacy ludzie nie mogą być bezwzględnie głupi.
    No i nigdy nie miałam też tego konfliktu między Ashleyem a Rhettem. Tu może to być wina tego, że wpierw obejrzałam film, ale chyba nawet w książce trudno mi było pozbyć się wrażenia, że Ashley to taka mameja, chcę, ale nie mogę/boję się, ochy i achy, rozwleczmy jedną myśl w epopeję, ale w sumie żadnych kroków nie poczynał, aby te jego och-i-ach-dylematy rozwiązać. I chociaż Rhett zdecydowanie idealny nie był, to przynajmniej działał i walił prosto z mostu prawdą, nosz, idealny kontrast - i za te działania oraz konkrety zyskał połowę mojej sympatii (druga połowa przyszła automatycznie, bo określenie "amant" świetnie do Rhetta pasuje, a ja nawet lubię amantów ^^).
    Zgodzę się za to, że książkę warto przeczytać. Czy to dla miłości, czy to dla wojny, czy to dla innych wartości historycznych (w końcu wojna to jedno, ale mamy i Indian, i niewolę, i ogólnie moralność oraz obyczaje Stanów w XIX wieku, dla każdego coś się znajdzie). A na dodatek jest naprawdę dobrze napisana: stylizacje są na miejscu i nie drażnią, tylko płyną i wprowadzają klimat, postaci wykreowane od A do Z, wszystko tak świetnie opisane, że aż namacalne... Czego chcieć więcej? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nie lubię Scarlett, więc bardzo możliwe, że w jakimś przypadku przesadziłam. Niemniej, według mnie zachowywała się głupio na tej... uczuciowej płaszczyźnie. Wydawała mi się głupia, szczególnie kiedy stała obok Ashleya albo Rhetta. Wydawała mi się głupia, dziecinna, bardzo zapatrzona w siebie.

      Sama nie oglądałam filmu (tylko fragmenty na yt - musiałam zobaczyć, jak wyszła im scena z przekleństwem, o które był taki szum.^^) i chyba się cieszę. Spotkałam się z opinią, że nie jest to pozycja na nudny wieczór, że raczej nie będąc najedzonym i siedząc w domu, ale gdzieś na większym ekranie, gdzieś z charakterem, gdzieś z klimatem. A sam film, wydaje mi się, zaburzyłby mój idealny wizerunek Ashleya i Rhetta. :)

      Też na początku miałam tylko takie BUM! na Rhetta, ale jak się potem zastanowiłam (sam Rhett też o tym wspomniał), są razem z Ashleyem do siebie niewiarygodnie podobni pod pewnymi względami. Polubiłam Ashleya, bo był taki... delikatny, ale jednak potrafił zachowywać się jak mężczyzna, nie można więc mu zarzucić, że był zniewieściały. Ja myślę po prostu, że gdyby inne czasy i nie Melania, to miałby zdecydowanie większe pole do popisu.
      Ale Rhett...! Masz rację - amant! Absztyfikant! Lowelas!Do takich to zawsze miałam słabość, nic więc dziwnego, że z takim zniecierpliwieniem czytałam te rozdziały pomiędzy jedną sceną a drugą. :)

      Usuń
    2. O tak, uczuciowo na pewno była głupia! Tyle lat jęczeć i stękać za jednym facetem, wiedząc, że ani on nie opuści żony, ani ona nie byłaby w tym szczęśliwa (bo rzeczywistość nigdy nie dorównałaby marzeniom)... Tu się zgodzę.

      Hmm, nie wiem. Ja pierwszy raz obejrzałam "Przeminęło z wiatrem" w telewizji w salonie u babci - i chociaż niewygodnie mi było na stołku, który zajmowałam, a babcia ekran miała stosunkowo niewielki, to jednak trudno mi się było oderwać. Chociaż potrafię sobie wyobrazić, jakie wrażenie film by robił w jakimś starym kinie, z duszą i bez dźwięku chrupania popcornu w tle, świateł komórek widzianych kątem oka czy jakichkolwiek innych przeszkadzających rzeczy.

      Pewnie i wspominał, w końcu minęły lata, odkąd trzymałam książkę w dłoni - ale nadal uważam, że Ashleyowi brakowało zdecydowania w tym, co robił, a jak dla mnie jedyny jego "popis męskości" był, kiedy ten poszedł na wojnę (i tu też jest jedyny plus dla niego w moich oczach, bo później mówił o tej wojnie szczerze, tak jak było, bez żadnego upiększania). I mimo wszystko jakoś w moich oczach blednie, szczególnie przy Rhetcie, ale nawet i przy Scarlett, która była zbyt żywa i pełna energii, by dała radę z nim wysiedzieć.

      Usuń
  2. Ja nie nazwałabym Scarlett głupią, a zepsutą... Zepsutą przez rodziców i swoją urodę, a potem jeszcze zepsuta przez wojnę. Mówisz, że jest dziecinna ja myslę, że wjakiś sposób jest, ale zauważ też, że z dnia na dzien musiała dorosnąc i z rozpieszczanej i otoczonej adoratorami pustej panienki musiała stać się głową rodziny... Zgodzę się tyez z Chiyo, że Ashley jest "mameją" dla mnie taki niezdecydowany facet to po prostu nie facet, Rhett o niebo lepszy, mimo, że też Scartlett z nim łatwo nie miała. Książke równiez polecam i to nie na raz, bo ja do niej wracałam 3 razy.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dziecinna była też w swoich pragnieniach i marzeniach.

      A mnie się właśnie wydaje, że Ashley wcale nie był niezdecydowany. Dokładnie wiedział, czego chciał, tylko że za cholerę nie mógł sobie pozwolić na to, żeby to dostać. Wiedział, że pragnie Scarlett, ale nie pozwolił sobie, żeby to uczucie wymknęło spod kontroli (były momenty, ale tylko momenty), bo był zbyt dumny, zbyt dobrze wychowany - a to jest według mnie męskie. Ashley był dżentelmenem. Rhett był takim... bad boyem. A dziewczyny uwielbiają bad boyów. :)

      Usuń
  3. Scarlett głupia? Ależ się uśmiałam :) Dziecinna, zepsuta, kapryśna, perfidnie korzystająca z własnego uroku i urody - być może, ale głupia - nie, tu się nie zgodzę... Oczywiście, to kwestia tamtych czasów i wychowania na Południu USA, pośród pól bawełny i stada ludzi spełniających każdą zachciankę rozpieszczonej dziedziczki, ale nie widzę w tym cienia głupoty!
    Nie zauważyłaś, że w trakcie wojny Scarlett zmienia się i dojrzewa? Po swojemu i wedle swoich możliwości, ale jednak i oby los oszczędził nam takich okoliczności i powodów do rozwoju osobistego, oby.
    To kobieta silna i pierwotnie mądra, wolą przetrwania jej gatunku za wszelką cenę, gdy nagle musiała sama zatroszczyć się o siebie, dziecko i tę cholernie dobrą Melanię. Właśnie Melania wydała mi się głupia, a przez tę swoją dobroć, ostentacyjną naiwność i zero innych cech jest to dla mnie postać słaba, bezbarwna, podobnie jak Ashley, którego - za moją matką, acz niekulturalnie - zwykłam nazywać "klasyczną dupą wołową". To ma być facet?...
    Odniosłam wrażenie, jakby autorka straciła cały impet weny twórczej na postaci Scarlett i Rhetta. Tak ich wyraziście odmalowała, że nie wystarczyło jej sił, by Ashley miał w sobie choć cień męskości, a Melania jakąkolwiek inną cechę niż dobroć.
    Nie ma to jak odrobina klasyki, zawsze skłoni do myślenia, nawet jeżeli odrobinę zirytuje :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że dojrzewa - sprawa tak bardzo oczywista. Zresztą, napisałam o tym.
      O Melanii też pisałam w recenzji, a o głupocie Scarlett w odpowiedzi na komentarze wyżej. Ale, do jasnej, o Ashleya będę walczyć!

      Nie oglądałam filmu, jak mówię, nie wiem, jak jest tam kochany pan Wilkes przedstawiony. Niemniej, z wrażenia, które odniosłam po przeczytaniu książki, Ashley z pewnością nie jest "klasyczną dupą wołową" i wydaje mi się, że to określenie jest bardzo krzywdzące. Według mnie, jak powiedziałam, wcale nie jest niemęski - nie myślę tak, jak myśleli ludzie w tamtych czasach na stronach powieści. Po prostu nie był w swojej epoce, co nie znaczy, że nie potrafił jak ówczesny facet się zachować, jeśli była taka potrzeba. Czy nie polował? Nie był najlepszym strzelcem? Nie grał w karty? Nie znalazł w sobie odwagi i nie kierował ludźmi na wojnie? Można mu zarzucić to, że nie potrafił utrzymać rodziny. Ale wydaje mi się, że do tego przyczyniła się trochę Scarlett - uważam, że gdyby mu pozwoliła, dałby sobie radę.

      Co do ostatniej Twojej opinii, to muszę przyznać, że jest w niej trochę racji. Ale Scarlett i Rhett, jako bohaterowie główni, lepiej, żeby byli perfekcyjnie zarysowani kosztem reszty postaci, niż żeby miało być na odwrót. :)

      Usuń
    2. Brumella, podpisuję się obiema rękami i nogami pod tym, co napisałaś, sama, ujęłabym to dokładnie tak samo. I nie uważam, aby była głupia, albo dziecinna, tym bardziej w miłości. Rozumiem ją, rozumiem jej świat. A w miłości ogólnie jest jedną, wielką głupotą, dlatego głupim w miłości być nie można, ewentualnie zaślepionym. Halska, Ty nie marzysz o ideale? A jak przybierze odpowiedni kształt tym lepiej. Kocham Scarlett osobiście;D.

      Usuń
    3. Nie bardzo wiem, jak moje marzenia mają się do tekstu powyżej, dlatego też te - pozwolisz - zostawię dla siebie. Polemizowałabym też z Tobą, Cath, na temat tej dalszej części wypowiedzi. Niemniej dalej obstawiam przy swoim, że Scarlett w pewnych sprawach wykazała się moim zdaniem okropną dziecinnością. Powiem, że również wydaje mi się, że ją rozumiem. Rozumiem, dlaczego zakochała się w Ashleyu, na przykład. Co nie zmienia przy tym mojej opinii o jej samej.
      Zdecydowanie nie mogą powiedzieć, że kocham Scarlett! :)

      Usuń
    4. Ja uważam, że ona nie do końca kochała Ashleya, a raczej swoje wyobrażenie o nim. Pytanie o ideał było retoryczne, niemniej ja np. miałam takiego swojego Ashleya, tym bardziej rozumiem Scarlett. Ba, jestem do niej niebezpiecznie podobna i dobrze mi z tym.

      Usuń
  4. Właśnie jestem w połowie "Przeminęło z wiatrem" (zupełnie zachwycona), więc bardzo się cieszę, z recenzji na Prozaikach. Czy lubię Scarlett? Może mnie zaintrygowała, bo jej zupełnie nie rozumiem. Brumella fajnie ją opisała: "To kobieta silna i pierwotnie mądra". Z tym czy była głupia, to bym się jeszcze pokłóciła. Na pewno była bystra i inteligentna, mądra właśnie w jakiś pierwotny sposób. Tylko, że była bezmyślna. Nie będę powtarzać reszty epitetów, bo z większością się zgadzam. Myślę, że właśnie sylwetki psychologiczne bohaterów są w tej powieści najciekawsze. Mitchell odwaliła kawał dobrej roboty. Ale postaci są pokazane też w pewnym stopniu oczami Scarlett. Ta książka to świat Scarlett - ona nigdy by nie zrozumiała Ashleya czy Melanii. Moim zdaniem to dlatego ci bohaterowie są tak słabo opisani. Mimo to Ashley czy Melania wydają mi się strasznie... intrygujący! Melania wcale nie była taka zupełnie dobra. Potrafi zaskoczyć i dlatego jest taką zagadką. Zakończenie powieści znam tylko z filmu - i na początku byłam nim oburzona. Musiałam kilkakrotnie przemyśleć tę historię, żeby dojść do wniosku, że nie można było jej zakończyć w bardziej idealnym momencie. Osobiście lubię zakończenia otwarte, ale tutaj to jest coś więcej. To nie jest niedopowiedzenie, to jest idealne podsumowanie. Nawet nie wiem jak to ująć... W każdym razie mi pasuje. Może jak dokończę książkę, to będę miała coś sensowniejszego do powiedzenia ;) Powiem jeszcze tylko, że najbardziej w powieści podoba mi się jej... szczerość. Ten realizm w pokazywaniu wad i decyzji człowieka.
    A tak w ogóle, to dobrze napisana recenzja ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bezmyślna. To chyba lepsze słowo.
      Co do zakończenia, to powiem Ci, że nie jest złe oczywiście - ja tylko kiedy je miałam już za sobą, pierwszą moją reakcją było... oburzenie? Może nie, ale na pewno pewien niedosyt i jakieś takie niezadowolenie.
      Cieszę się, że spodobał Ci się tekst! :)

      Usuń
  5. Dzięki tej recenzji zamierzam przyspieszyć zabranie się za "Przeminęło z wiatrem" :) (tak, halsko, dirty dancing też jeszcze czeka, ale pamiętam :D). Swoją drogą, natknęłam się na kontynuację "Przeminęło z wiatrem" napisaną przez kogoś innego. Warto przeczytać czy raczej nie bardzo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kontynuacja nosi tytuł "Scarlett", a o ile dobrze kojarzę, to została jeszcze stworzona część opisująca przygody Rhetta. Ja jak na razie nie mam zamiaru ich czytać - ciocia mi powiedziała, że to już całkiem coś innego, a sama autorka kontynuacji nie bardzo trafiła w charakter głównej postaci, ten charakter stworzony przez Mitchell. Podobno są fajne wątki, ale jakoś nie mam ochoty się za to zabierać. Mam "Dziady" przed sobą. :)

      I Mis, weź się w końcu za siebie - nieco mniej niż dwie godziny, a ile nowych doświadczeń! :D I polecam jeszcze potem drugą część Dirty Dancing - choć jest na liście najgorszych sequelów na świecie, jeśli dobrze pamiętam, to przynajmniej warto zobaczyć, dlaczego tam jest. Choć ja osobiście mam inne, bardziej pozytywne zdanie na temat "Havana Nights".

      Usuń
    2. To nie jest kwestia czasu! Znaczy też, ale przede wszystkim mojej nieumiejętności ściągania filmów :D. Jak mam oglądać coś online, to przy moim internecie aż mi się odechciewa. No!

      Usuń
    3. Jestem już po Dirty Dancing i Przeminęło z wiatrem. Żałuję, że dopiero teraz się za te dwie pozycje zabrałam, bo zatapiam się w zachwycie w obu przypadkach *.*

      Usuń
    4. ha! mogę Ci powiedzieć "a nie mówiłam"? :)
      gratuluję!

      Usuń
  6. A ja Scarlett lubię. I to bardzo. Jest taką intrygującą osóbką, nadal piękną, w strasznym świecie wojny, nadal samolubną, choć inne kobiety pozują na wielkie patriotki. Lubię bohaterki inteligentne, barwne, ogniste - a w dzisiejszej literaturze znaleźć taką jest trudno.
    Ashleya polubiłam również - dzięki niemu wykształcił się w mojej głowie pewnego rodzaju ideał mężczyzny. Nigdy nie chciałam jednak aby dał się Scarlett. Podziwiam Melanię za jej nieskończony altruizm oraz anielską cierpliwość, ona i Ashley są dla siebie idealni.
    Różne momenty książki zatarły się w mojej głowie (choć czytałam dwa razy), ale nigdy nie zapomnę śmierci małej Bonnie, która wywoła u mnie szok i łzy. To mnie przekonało, że skoro wzruszam się śmiercią córki książkowych postaci, nie jestem tak doszczętnie zła i przegniła, jak myślałam :D
    Kontynuację przeczytałam,ale to zupełnie inny, gorszy styl. Charaktery bohaterów ze ,,Scharlett" w moim odczuciu nie zgadzały się z trylogią Mitchell. Nie tylko Scarlett, ale i Rhett oraz Ashley - zupełnie inna bajka. Oni NIGDY by tak nie mówili, a reagowali by zupełnie inaczej. Jest tam oczywiście swojego rodzaju happy-end, ale mnie w żadnym razie nie usatysfakcjonował.

    OdpowiedzUsuń
  7. Książki nie czytałam, ale ostatnio nadrabiam zaległości w klasyce, więc na pewno się z nią zapoznam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Rhett i Ashley podobni? proszę cię, to całkowite przeciwieństwa.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Layout by Yassmine