Prozaicy to blog, na którym organizowane są konkursy literackie, od czasu do czasu pojawią się różne porady dotyczące pisania, wskazówki albo recenzje, felietony, reportaże. Blog ma na celu nie tylko popularyzowanie wśród młodych osób czytanie książek, ale też zachęcanie do tworzenia własnych opowiadań i powieści, które w przyszłości mają szanse pojawić się na domowych biblioteczkach.
Kontakt: E-MAIL: PROZAICY@VP.PL oraz FACEBOOK: TUTAJ

Co sprawia, że książka jest dobra?

Ostatnimi czasy miałem przyjemność stoczyć kilka internetowych utarczek słownych na temat wyższości jednej książki nad drugą. Choć wirtualne przepychanki zwykle nie kojarzą się z niczym miłym, to konflikty dotyczące literatury nie mają nic wspólnego ze znanymi wszystkim wojnami w komentarzach. Zamiast normalnych w takich sytuacjach przekleństw i mało wyszukanych wyzwisk, mimo często występującej ogromnej różnicy zdań, miejsce miała jedynie wymiana argumentów z pełnym poszanowaniem drugiej strony. Po pierwszym zachwycie kilkugodzinną i wielostronną dyskusją zacząłem zastanawiać się dlaczego z takim zapałem broniłem akurat tych książek oraz autorów i na co patrzę określając czy dana pozycja była warta mojego czasu? Dobrnąłem do kilku wniosków, a ponieważ każdy ocenia teksty według innych czynników, zapraszam do skonfrontowania waszych priorytetów z moimi.
Ze względu na to, że czytam głównie fantastykę, większość moich przemyśleń dotyczy właśnie tego gatunku. Wybaczcie ;)

Po pierwsze - realizm

A nawet realizm na wielu płaszczyznach! Pierwszą z nich jest trzymanie się ograniczeń prawdopodobieństwa. Rozumiem doskonale potrzebę istnienia „fabularnego szczęścia”, czyli naginania wydarzeń tak, by opowieść mogła trwać. Zawsze może trafić się wybraniec, zagubiony potomek szlachetnego rodu czy niesłychanie potężny artefakt znajdujący się w niewinnych dłoniach bohatera. Jednak mocno odpychająco działają na mnie sytuacje gdy jedna licząca kilkuset mieszkańców wioska rodzi nagle aż piątkę obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami nastolatków. Dodatkowo właśnie w tym momencie, gdy wspomniana osada jest, po raz pierwszy od tysiąclecia, atakowana przez mroczne siły, znajduje się w niej przypadkiem potężna czarodziejka, która szczęśliwie utalentowaną młódź od razu wyłapuje. W tym miejscu serdeczny ukłon należy się serii Koło Czasu Roberta Jordana.
Zbyt nachalne wypaczanie prawdopodobieństwa zabiera mi sporą część radości z lektury, ponieważ czytając chce przeżyć prawdziwą historię, taką która naprawdę mogła się zdarzyć. Nie musi mieć ona oczywiście miejsca w moim czasie czy świecie, ale niech wpasowuje się w swoją własną, unikalną rzeczywistość. Wiem, że mądrzy nie-tego świata już dawno sprawdzili, że szansa jeden na milion sprawdza się w dziewięciu na dziesięć przypadków (http://bit.ly/1rj5B4Y) jednak postarajmy się zachować choć odrobinę powagi.
Drugą sprawą jest realizm rozumiany troszkę bardziej dosłownie, często nadwyrężany w książkach sensacyjnych, takich jak twórczość Clive'a Cusslera. Z jego powieści Wążgdzie banda amerykańskich Bondów-amatorów ratuje świat i piękne kobiety, możemy dowiedzieć się, że broń palna jest całkowicie skuteczna kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią wody, co jest prawie bez wyjątku bzdurą. Nie wspominając o dziesiątkach przykładów z wielu dzieł, gdzie przecięta aorta czy złamana noga bynajmniej nie przeszkadza w podróżowaniu czy walce. I to już bardzo trudno mi zrozumieć, ponieważ o ile naginanie fabuły jest jeszcze swoistym prawem autora, o tyle jeśli chodzi o fizykę czy biologię należałoby trzymać się jakiś zasad.
Takie drobne szczegóły nie sprawiają, że nie cieszę się lekturą, ale już po skończeniu danej pozycji pozostaje we mnie delikatny niesmak. Książka to nie słowo mówione, gdzie raz wygłoszonej wypowiedzi nie można cofnąć. Efekt tygodni i miesięcy ciężkiej pracy powinien w moim odczuciu być tak doszlifowany, by z lupą trzeba było szukać drobnych pęknięć.

Dwa, czyli dziwny jest ten świat

A dokładniej – świat stworzony i wypełniony życiem przez autora. Dla mnie osobiście to chyba najważniejsza część książki. Uważam, że wiele z największych dzieł fantastyki, zdobyła popularność właśnie ze względu na ogromne i pięknie wykreowane uniwersum. Bo czy opowieść o bandzie karłów pokonujących różne strefy klimatyczne byłaby tak wciągająca, gdyby nie dziesiątki i setki odwołań do przeszłości, owianej mrokami tajemniczej historii, która już miała miejsce? Ogromna część mojej fascynacji Władcą Pierścieni, gdy czytałem go po raz pierwszy, była wywołana właśnie tym, że nie maszerowałem po Śródziemiu z przypadkowym Jackiem czy Maćkiem. Moimi przewodnikami byli Gimli, syn Gloina oraz Legolas, którego znowu ojciec więził kiedyś Gloina, a na swojej drodze spotkałem Elronda, który wraz z Isildurem brał udział w bitwie na Dagorlad, gdzie Sauron stracił jedyny pierścień. Dzieło Tolkiena to nie krótka przygoda, to tylko (i jednocześnie aż!) wspaniale opisany fragment historii całego i kompletnego świata. Napotykane postacie nie były pionkami potrzebnymi do popchnięcia fabuły dalej, ale pełnowartościowymi i żywymi mieszkańcami Śródziemia. I chociaż dane było mi zobaczyć tylko sam koniec pewnej opowieści, to doskonale czułem, że trwała ona nieprzerwanie od tysiącleci.
Oczywiście rozbudowana historia to nie wyłączny sposób, by stworzyć przepiękny świat, ale moim zdaniem jeden z najlepszych. Uwielbiam to wrażenie, że niezależnie od tego, gdzie skieruję swój wzrok, nie napotkam pustego miejsca, ale będę mógł z zadowoleniem powiedzieć: „O! Tu coś jeszcze jest!”

Naucz mnie czegoś, coraz wolniej się uczę

Spełnienie tego podpunktu to dla mnie wisienka na torcie w przypadku każdej książki. Nie jest to punkt konieczny do tego, bym nazwał pozycję bardzo dobrą, jednak uwielbiam, gdy autor odkrywa przede mną coś całkowicie nowego. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o pokazanie nieznanego dotąd gatunku elfów czy wyjątkowo obrzydliwych potworów rodem z piekielnych czeluści. Największą wartością jest dla mnie to, gdy autor pozwala mi przeczytać coś, nad czym mogę naprawdę się zastanowić i jednocześnie wiem, że samemu nigdy bym na to nie wpadł. Wspaniałym przykładem jest Peter Watts i jego historia o pierwszym kontakcie z nie-tak-zielonymi-ludkami - Ślepowidzenie. Troszeczkę spoilerując powiem, że w pewnym momencie pojawia się koncepcja, że napotkani obcy nie są świadomi swojego istnienia. Następnie pada podejrzenie, że część ludzkości również może nie wiedzieć nawet, że żyje. Pomysł, który w pierwszej chwili może wydawać się absurdalny, do dzisiaj zaprząta moją głowę i nadal czasem zastanawiam się, jak mogę sprawdzić czy moi znajomi zdają sobie sprawę z tego, że istnieją?
Przedstawiony temat nie musi być naturalnie aż tak abstrakcyjny. Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie książka Altas Zbuntowany Ayn Rand, której myślą przewodnią jest ścieranie się indywidualizmu z kolektywizmem w alternatywnej historii XX wieku. Nie przesadzę, jeśli powiem, że to właśnie dzięki tej lekturze zbudowałem sporą część swojego światopoglądu, zarówno na ludzi, jak i gospodarkę czy politykę. Choć niektórzy zarzucają autorce stworzenie bardzo przejaskrawionych sytuacji, te powracają do mnie jak bumerang, na co dzień, gdy próbuję współprowadzić firmę w współczesnej Polsce.
Skrajnie innym przykładem jest Lolita Nabokova. Dla niezorientowanych – to napisana w pierwszej osobie historia miłości… no cóż, nie uniknę tego słowa, pedofilskiej. I chociaż nigdy nie przejdzie mi przez gardło, ze względu na tematykę jaką porusza, że to dobra książka, jednocześnie jest niezwykła. Jest zła, wypaczona, ale również niesamowicie wciągająca. Przeraża mnie to, że po jej przeczytaniu czułem jednocześnie wstręt, obrzydzenie, ale również coś w rodzaju zrozumienia.
Lektura tych książek nie była dla mnie jedynie rozrywką. Była też nauką, co ogromnie cenię w literaturze. Czytanie to spora część mojego życia (choć nadal nie tak duża jak bym sobie życzył) i cieszę się, że to nie tylko sposób na zabijanie czasu, ale też indywidualna droga rozwoju.

A teraz stronica przed nami zamazuje się…

Powyższe trzy punkty to jedynie wierzchołek góry lodowej. Poszczególne z nich mógłbym rozwinąć do osobnych rozpraw na dany temat, posiłkując się dziesiątkami przykładów, starając się przekonać was, że w jakiś sposób mam rację. Nie o to jednak chodzi. Choć mogło mi to umknąć gdzieś pomiędzy wierszami, najbardziej w książkach fascynuje mnie subiektywizm odbioru. To, że technicznie czytamy to samo, nie oznacza wcale, że wyciągniemy z lektury takie same wnioski. Wasze odczucia mogą być zupełnie inne niż moje, chociaż patrzymy na bliźniaczy, toczka w toczkę, tekst. Co więc, waszym zdaniem, sprawia, że książka jest dobra?



Michał Plaskura


2 komentarze:

  1. Wymienione przez Ciebie trzy punkty są naprawdę ważne. Ja bym jeszcze dodała do tego, że wszystko w książce musi być przemyślane: zachowanie bohatera w danej sytuacji musi pasować do jego/jej charakteru, itd, bo niestety zdarza się czasami, że tej spójności brakuje. Całkowicie rozbraja mnie gdy głównego bohatera spotyka w życiu coś totalnie irracjonalnego i fantastycznego a on podchodzi do sprawy ze stoickim spokojem. Jakby mój kot albo meble zaczęły fruwać przed moimi oczami to raczej nie byłabym spokojna ;)
    Można by wymieniać jeszcze wiele powodów, ale leniem jestem i nie chce mi się pisać ;)
    Pozdrawiam,
    Lina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie łapało się to w podpunkt #1 - miałem dodać nawet przykład z PLO Grzędowicza, gdzie według mnie Vuko czasami zachowuję się dużo mniej inteligentnie niż wskazywałby na to rozsądek, ale potem stwierdziłem, że zbyt wydłużyłoby to tekst, który i tak okropnie się rozrósł.

      Usuń

Obserwatorzy

Layout by Yassmine