Prozaicy to blog, na którym organizowane są konkursy literackie, od czasu do czasu pojawią się różne porady dotyczące pisania, wskazówki albo recenzje, felietony, reportaże. Blog ma na celu nie tylko popularyzowanie wśród młodych osób czytanie książek, ale też zachęcanie do tworzenia własnych opowiadań i powieści, które w przyszłości mają szanse pojawić się na domowych biblioteczkach.
Kontakt: E-MAIL: PROZAICY@VP.PL oraz FACEBOOK: TUTAJ

"Gry losowe" - Joanna Dziwak

Skuszona dość nietypową okładką i blurbem („Nikt dotąd nie przygotował tak złośliwej parodii (…), czuć w tym szczyptę zjadliwości i dobrego humoru, a całość mieści się w ramach ironicznego uncreative writing”) pomyślałam, że to coś napisanego dla mnie. Lubię humor, lubię wyśmiewanie form i stereotypów, wreszcie – doceniam nowatorstwo i pomysłowość. Problem w tym, że co do tej książki mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie przypadła mi do gustu, ale z drugiej – nie odradzam sięgania po nią. To czyni książkę na swój sposób wyjątkową dla mnie, bo najczęściej potrafię jakoś jasno określić swoje zdanie.

Jak było? Starałam się podejść do książki bez uprzedzeń i oczekiwań, tak jak zresztą do każdej, z jaką przyjdzie mi obcować. Na wstępie musiałam ją sobie obejrzeć. Zaciekawił mnie układ rozdziałów – całość podzielona jest niejako na trzy części, informuje o tym zapis numeracji: początkowo alfabetyczny, zakończony na literze V, następnie autorka posłużyła się cyframi arabskimi i na końcu rzymskimi. Każdy z tych segmentów, jak z niewielkim wysiłkiem wymyśliłam, opowiada historię innego bohatera. Tytuł wskazuje na to, że pogrywa (z) nimi los, który, jak wiadomo, rzadko bywa łaskawy.
Jeśli natomiast przychodzi do zajęcia stanowiska w temacie treści, to uwierzcie na słowo, trudno mi jednoznacznie opowiedzieć komukolwiek, o czym to jest. Pierwszą bohaterką, z którą przyjdzie nam brnąć niemal przez połowę książki, jest Jo, szansonistka, która nie osiągnęła sukcesu i musi opuścić Nowy York. Już wtedy, na piątej stronie, po kilku zdaniach, uniosłam brew. Choć sama nienawidzę, kiedy polski autor wpycha na siłę akcję powieści w miejsce, o którym nie ma najczęściej pojęcia – bo całość jest wtedy „bardziej światowa” i wydaje się, że szybciej będzie przetłumaczona na wszystkie języki świata – to myślę, że tutaj wynikało to z antypowieściowego charakteru utworu. Próba ośmieszenia autorów, którym zależy przede wszystkim na tym, żeby ich książki zyskały status bestsellera i przeszły do historii jako tak bardzo uniwersalne, okazała się udaną. Jo jest jedną z wielu kobiet, które próbują zabłysnąć w showbiznesie, ale niestety jej kariera stoi w miejscu, bo nie ma w niej za grosz oryginalności, siły przebicia i determinacji (o ile tak nazwiemy sypianie z ludźmi, którzy mogliby ją wypromować). Jej związki z facetami także kończą się fiaskiem, czemu w zasadzie, po zapoznaniu się trochę bliżej z charakterem Jo, trudno się dziwić. Starałam się ją polubić, ale jest to chyba niewykonalne – nudna, mdła, żałosna, przegrana. Przez osiemdziesiąt stron (i jeden miesiąc spędzony na patrzeniu na okładkę i wyszukiwaniu zajęć, które spowodują, że nie będę musiała tego czytać) starałam się pojąć, jak można wybrać kogoś takiego na bohatera powieści i męczyć nim czytelnika, którego przestało to bawić na piątej kartce. Zdradzę Wam sekret, który pozwolił mi na dotrwanie do końca – przestałam, dopiero wtedy!, traktować powieść poważnie. Im mniej starałam się zrozumieć, tym lepiej się bawiłam. Zaczęłam szerzej rozumieć konteksty kulturowe i odniesienia, które z tej książki wyciekają. Wreszcie przyjęłam do wiadomości, że Jo to taka typowa bohaterka typowej książki dla typowego czytelnika zadowolonego z typowej fabuły. Wyśmiane zostaje hipsterstwo (przykład: słuchanie zespołów, które jeszcze nie powstały), zespoły rozpadające się jeszcze przed założeniem, fanki, które nie wiedzą o nich wiele, ale zostają groupies, fanpage i ilość lajków, która świadczy o popularności, dzielenie się swoimi uczuciami na sposób Kingi Rusin ­­– ona „siedziała & myślała”, Jo zaś było „smutno & przykro”, była także „zrozpaczona & zapłakana”. Cała ta część pod względem fabularnym zmęczyła (i znudziła niestety) mnie niesamowicie, natomiast są fragmenty ­– sceny epizodyczne i przede wszystkim dialogi ­– przy których mimowolnie drgały mi kąciki ust, tak bardzo było absurdalnie („Zespół Milczenie Czarnych Owiec Jest Złotem to moje odkrycie, zapamiętajcie tę nazwę. Nie grają żadnej muzyki, ponieważ wszystko już było. Zajebiste. Widziałem ich w sierpniu na festiwalu. Przez godzinę stali na scenie w milczeniu, buntując się przeciwko wtórności i ograniczeniom, jakie narzuca dźwięk.”). Dla takich perełek warto było nie porzucać lektury, choć nie ukrywam, zmusiłam się do niej ze względu na konieczność napisania tej recenzji, nie dlatego, że miałam ochotę na powrót.
Część druga w moim odczuciu jest najlepsza, nawiązania są najbardziej czytelne i niesamowicie kąśliwe. Opowiada o Januszu L.L. Czereśniewskim, autorze książki Opuszczeni@ w necie, uczestniku Tańca z pisarzami, w który pokonał między innymi autorki takich hitów jak Zawsze w życiu czy Parceli nad bagnem. Jego największym idolem i zarazem konkurentem jest Paweł Koleją, obaj są w stanie przerobić na metaforę wszystko, co ich otacza, z tym, że Paweł jest oczywiście o wiele sławniejszy. Wyśmiane zostaje to, co tworzy Czereśniewski – przeintelektualizowany bełkot. W sieci nazywa się go grafomanem, a on nie rozumie, dlaczego ma fanki w wieku 50+ i to głównie one zostawiają polubienia na jego fanpage’u. Autorka dogryza także pseudopisarzom tworzącym książki typu Jak zostać blogerką modową, Wyprowadzałam psy Tomasza Lisa i Jak nie zostałam pisarką, a więc tym, którym wydaje się, że to, co tworzą, jest interesujące i że faktycznie mają coś do powiedzenia, a ich porady są w stanie komukolwiek pomóc w czymkolwiek. To najkrótsza, ale jak dla mnie najzabawniejsza część i choć Janusz zasługuje na traktowanie na równi z Jo, to zdecydowanie z nim ciekawiej spędziłam czas.
Ostatni segment opowiada – nie domyślicie się – o kolejnej osobie, która „próbuje przebiec przez autostradę życia, ale kończy pod kołami”. Tym razem mamy poetę, Arkadiusza Pszczołę z Bytomia, również przekonanego, że powinien odnieść sukces. Już składnia zdań daje do zrozumienia, że bohater nie przeciętniakiem jest, lecz Artystą. Wiersze publikuje w Internecie, każdorazowo w nadziei, że ktoś wreszcie pozna się na jego talencie i skomentuje utwór pochwałami. Tu moją uwagę zwróciły pseudoquizy, których rozwiązanie nie zmieni pewnie w życiu Arkadiusza nic, bo żadna z odpowiedzi nie jest tak naprawdę właściwa. Mistrzowskim pomysłem jest za to „Przesłanie Arkadiusza Pszczoły”, parodia „Przesłania Pana Cogito”. Od razu wiadomo, jakie jest odniesienie kulturowe i jaka postać zostaje wyśmiana. Herbert owszem, wielkim poetą był, ale cieszę się, że jest ktoś, kto potrafi ściągnąć ten pomnik z cokołu i namalować mu markerem wąsy.
Zachwycają mnie w tej książce przede wszystkim obserwacje dotyczące społeczeństwa i próba pokazania tego, co się dzieje, w krzywym zwierciadle. No, może nie krzywym, a ciut przekrzywionym, bo niestety większość z nich jest niewiele przesadzona. Pokazuje, że kultura wysoka gdzieś nam się gubi w świecie lajków, memów, wydawców nastawionych na ilość i zespołów zakładanych w co drugim garażu. Mamy tak ogromny dostęp do wszystkich osiągnięć ludzkości, który zawdzięczamy Internetowi, a i tak przeglądamy galerie z kotami, Demotywatory i Kwejka. Całość, jak wspomniałam, mimo wszystko mnie nie porwała. Lubię spójne fabuły, konkretne miejsca i wciągające opisy. Bohaterowie nijacy w swojej wyjątkowości to trochę nie mój typ literatury. Chyba wynika to z próby stworzenia antypowieści – trudno mi stwierdzić, bo nigdy wcześniej się z takim gatunkiem nie spotkałam. Może okaże się, że to forma literacka przyszłości, kto wie. Wszak wszelkie nowości zawsze były przyjmowane entuzjastycznie jedynie przez pewne grono odbiorców, reszta nie była gotowa na porzucenie tego, co wytarte, ale sprawdzone i dobre. Mnie się ta forma nie podoba, ale niezaprzeczalnie są w tej książce rzeczy, które zyskały moją aprobatę; są one związane raczej z treścią.
Przyszedł moment podsumowania, a ja dalej nie wiem, czy ta książka mi się podobała. Nie mam zdecydowanej opinii negatywnej ani pozytywnej, którą mogłabym się podzielić i której chciałabym bronić. Gdyby ktoś zaatakował utwór jako bezsensowny, pewnie bym protestowała; gdyby się zachwycał, studziłabym jego zapał swoimi krytycznymi uwagami. Niezaprzeczalnym jest, że Dziwak trafia w punkt – jest doskonałą obserwatorką rzeczywistości i nie boi się dzielenia się swoją opinią. Robi to zgrabnie, z klasą, nie przekraczając granicy dobrego smaku, pokazuje ogromną wiedzę o sztuce i kulturze, ale nie odtwarza jej, a przetwarza. Walczy z tandetą, próbami oderwania się od „mainstreamu” i robienia wszystkiego na opak, polemizuje z ludźmi, którzy chcą Ci powiedzieć, jak masz żyć, bo wydaje im się, że mają do tego prawo. Każda z postaci w pewnym sensie przegrywa. Nawet Janusz, uznany w pewnych kręgach pisarz, chce więcej, Arkadiusz i Jo wciąż czekają na moment, w którym świat przynajmniej w postaci kilku osób legnie im u stóp i doceni to, co tworzą. Cieszę się, że jest Joanna Dziwak, która nie boi się mówić, że za artystę może się uważać każdy, ale nie każdy artystą jest. Okazuje się, że odbiorców jest mniej niż twórców, a jakość tego, co się tworzy, spada z dnia na dzień. Warto przeczytać tę książkę (ale uczcie się na moich błędach i nie uważajcie jej za poważną ani przez chwilę!), choćby dla tych zabawnych fragmentów – absurdalnych, trafnych i przede wszystkim aktualnych. Nie jest to dzieło ponadczasowe, ale sądzę, że lepiej je znać, niż go nie znać, bo mam wrażenie, że Dziwak nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Oby tylko nie stała się w tym wszystkim częścią tego, co dziś wyśmiewa, a w efekcie bohaterką innej prześmiewczej powieści.

  Korporacja ha!art

Ilona Sieradzka

1 komentarz:

  1. Podoba mi się ta recenzja, zachęca do przeczytania. Szukałem czegoś prześmiewczego, na bieżące tematy i po zapoznaniu się z Twoimi słowami, myślę, że mogę to znaleźć w tej książce.

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Layout by Yassmine