Prozaicy to blog, na którym organizowane są konkursy literackie, od czasu do czasu pojawią się różne porady dotyczące pisania, wskazówki albo recenzje, felietony, reportaże. Blog ma na celu nie tylko popularyzowanie wśród młodych osób czytanie książek, ale też zachęcanie do tworzenia własnych opowiadań i powieści, które w przyszłości mają szanse pojawić się na domowych biblioteczkach.
Kontakt: E-MAIL: PROZAICY@VP.PL oraz FACEBOOK: TUTAJ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaże. Pokaż wszystkie posty

Świat potrzebuje więcej listów miłosnych


Pozostań prawdziwy dla samego siebie, dla swoich przyjaciół, a nie marnuj czasu i energii na bycie kimś innym. Jesteś unikalny i jesteś wspaniały.
- jeden z listów miłosnych udostępnionych przez stronę moreloveletters.com

http://happsters.com/2014/09/15/more-love-letters/

1. LIST

A później? Później wyszłam z domu.

Jeden zostawiłam w księgarni, w szóstej części „Harry'ego Pottera” jeden wsadziłam w Schmitta albo w Picoult - nie pamiętam, co było bliżej; jeden zaczepiłam o plakat reklamujący sklep z używaną odzieżą, jeden wrzuciłam do przypadkowej skrzynki na listy, jeden zostawiłam na poczcie, jeden w szkolnej bibliotece pomiędzy książkami.
Mało. Chciałabym jeszcze jakiś zostawić w supermarkecie, na ławce w parku, powiesić na tablicy ogłoszeń, porzucić na przypadkowym stoliku albo w pociągu – nigdy nie wręczyć do rąk własnych. Nie o to chodzi. Tego robić nie wolno.
Niewiele jest takich rzeczy, których naprawdę nie powinno się robić. W sumie, jest tylko jedna, reszta może być nazwana dobrymi radami.
Po pierwsze i ostatnie: zostań anonimowy.
Nikt nie może wiedzieć, kim jesteś. Ktoś cię zobaczy i czar pryśnie, podasz swoje nazwisko, podasz numer telefonu, adres, namiary – przegrałeś. Zrobisz to i pokażesz, że nie zrozumiałeś idei. Bo nie o to chodzi, żeby nawiązywać znajomości, tylko o to, żeby pokazać, że jest się dobrym człowiekiem.

"Dziękujemy za palenie" - Adam Leszczyński

W Polsce uwielbiamy reportaże - bezapelacyjnie. Częściowo jest to zapewne wyrazem zachwytu nad zewnętrznym światem, naraz tak łatwo dostępnym po upadku żelaznej kurtyny i PRLu, gdy wszystkie te egzotyczne miejsca nagle znalazły się w naszym zasięgu. Ja choć jestem już z młodszej fali amatorów gatunku, niepamiętającej starego systemu, to jednak dzięki programowi edukacji, który chociaż na tym polu okazał się zaskakująco skuteczny, już mając kilkanaście lat poznawałem fragmenty wybitnych dzieł Ryszarda Kapuścińskiego czy Arkadego Fiedlera. I chociaż nie wpisuję „podróże” w rubryczce zainteresowania w CV, jak czyni to duża część osób ze starszego pokolenia, to zawsze chętnie przysiądę nad tą formą literackiej wypowiedzi. Wielu polskich mistrzów niestety już wśród nas brakuje – ja jednak pragnę polecić wam ich godnego następcę.

Raz, dwa, trzy, cztery - jak napisać reportaż (i nie tylko)?


Obiecałam, że od kwietnia Prozaicy ruszają na nowo, więc oto jestem – z poślizgiem, ale jestem. Marzec na szczęście już się skończył i alleluja – zawsze jest to jeden z tych najbardziej pracowitych miesięcy w roku. Dużo zrobiłam i częścią chciałabym się z Wami podzielić.

W połowie marca byłam we Wrocławiu i miałam okazję uczestniczenia w swego rodzaju warsztatach, które prowadziła Jolanta Krysowata. Albo po prostu Kreska – jak kto woli.

Krysowata jest dziennikarką, głównie radiową, autorką książki „Skrzydło Anioła”, która jest reportażem dotyczącym koreańskich dzieci przebywających ponad pół wieku temu we Wrocławiu.  Został on nominowany do nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, a z fragmentów, jakie przeczytałam, mogę wywnioskować, że jest to całkiem dobrze napisany tekst. Ale Kreska, oprócz tego, że pisarka, to przede wszystkim przesympatyczna kobieta. Charyzmatyczna, z głosem ochrypniętym od papierosów, zabawna, głośna, szczera.

Pracowaliśmy na reportażach, więc rady, których nam udzielała, odnosiły się przede wszystkim do tego gatunku. Myślę jednak, że można je zastosować w ogóle do samego pisania.

Wszyscy czytają Fredrę





W zeszłym roku Polska czytała „Pana Tadeusza”, a w tym szarpnęła się na największe literackie działa z dorobku Aleksandra Fredry. A wszystko zaczęło się w 2012 r. od projektu Prezydenta Komorowskiego „Narodowe Czytanie”, którego celem jest przypomnienie i przybliżenie ludziom tych dzieł, z których Rzeczpospolita dumną być powinna. W jaki sposób? Poprzez publiczne, głośne czytanie.

Aleksander Fredro był pisarzem tworzącym w epoce romantyzmu, ale swoimi tekstami nie pasował do innych autorów z tamtego okresu. Zamiast poświęcać się w swoich dziełach miłości, stawiał przede wszystkim na śmiech, który był w tamtych czasach niezwykle ludziom potrzebny. Jest najsłynniejszym polskim komediopisarzem, w swoim dorobku mając takie teksty jak „Zemsta”, „Śluby panieńskie” czy m.in. znany wszystkim wiersz opowiadający o Pawle i Gawle. Jest także jedną z kilku osób, którym przypisuje się stworzenie XIII księgi „Pana Tadeusza”.

Jak zrobić dobre zdjęcia? - o fotoreportażu

Mateuszek, fot. Anna Michalska
Mówiąc o formach dziennikarskich najczęściej wymienia się wywiad, ktoś bardziej zaznajomiony z tematem powie też felieton albo reportaż. Rzadko kiedy ludzie tak na szybko przypomną sobie o fotoreportażu, a ten choć nietypowy, bo niepisany, to wciąż zalicza się do dziennikarstwa. Jest to też bardzo ciekawy acz trudny gatunek, któremu chciałabym poświęcić ten tekst. 

Ja mam to szczęście, że aktualnie jestem w trakcie tworzenia fotoreportażu na moje zajęcia. Temat jest wdzięczny, bo "mężczyzna", a jedno zdjęcie z tegoż projektu możecie zobaczyć obok. I choć przeróżne wersje w mojej głowie się pojawiały, później i tak okazało się, że większość z nich do niczego się nie nadaje, bo nie spełnia podstawowych wymogów dobrej fotografii. Ale o tym za chwilę. No bo... Co to tak naprawdę jest ten fotoreportaż? 

Badacsony



                Wakacje w siedemnastym roku mojego życia nie obfitowały w ekscytujące wydarzenia.  Dotarłam w miejsce, gdzie kobiety nie golą pach.
                Bileterka w wycieczkowym busiku nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Brak makijażu ani jakiejkolwiek dbałości o wygląd; garderoba kompletowana rankiem, w minutę, między śniadaniem a prysznicem; mało stylowa nerka w miejsce kobiecej torebki; przygarbiona postawa; szeroki i szczery, choć nieco zakłócony zbyt dużą ekspansją dziąseł uśmiech oraz niewyregulowane węgierskie brwi układały się w obraz małomiasteczkowej dziewczyny z brakiem ogłady, jednak o sporych ambicjach. Widać było, że ma słuch do języków, bo mimo kiepskiej bytności Polaków w okolicy, podłapała nieco zwrotów, a nawet potrafiła klecić zupełnie poprawne zdania. Rzucony do wujka, mający miejsce przy kupnie biletu, żarcik: „Do you want some sugar or whipped cream with it?”*, okraszony kolejnym dziąsłowym uśmiechem i niskim chichotem młodej klępy, utwierdził mnie w pierwotnej opinii o Węgierce. Pragnęła być postępowa, inteligentna, wielkomiastowa. Wykształcona, zabawna, pewna siebie. Nie miała żadnej z tych cech. Posiadała za to optymizm. Radość była wyznacznikiem jej charakteru, a szczęście i zadowolenie definiowało jej spokojne, nadbalatońskie życie.
                A mnie pożerała zazdrość. Bo nie wystarczało mi to.
                Obok siedziała Niemka – na oko w moim wieku. O drobnej sylwetce i okrągłęj buzi, którą okalał niebiański hełmik platynowych włosów sięgających żuchwy. Jej twarz emanowała młodzieńczością – usta delikatne, malinowe, policzki odrobinę morelowe, nosek uroczo opalony. Kąciki jej ust pozostawały lekko uniesione przez całą podróż. Nie mogłam rozszyfrować tej zapowiedzi uśmiechu: przejaw niewinnej nastoletniej dumy z samej siebie czy może wynikające z obcowania z wiejską naturą i sympatyczną bileterką ogólne zadowolenie z życia.
                Była zrobiona. Na sobie miała niby zwykłą sukienkę w marynarskie pasy, w rzeczywistości jednak fason i kolory pieczołowicie dobrała do swojego typu urody. Na wierzch narzuciła najmodniejszą obecnie kamizelkę dżinsową DIY, bez cienia litości potraktowaną wybielaczem w kilku miejscach. Nogi zdobiły klasyczne czerwone Conversy za kostkę, chude przeguby dziewczęce bransoletki, a paznokcie lśniły turkusem Versace. Obok leżała torebka-kuferek vintage. Wyglądała bardzo zachodnio, niczym żywcem wyjęta ze „Skinsów”. W mojej głowie już poruszała się w rytm dubstepu wśród pijanych znajomych na niekończącym się paśmie imprez. Każda z nich wzbogacona magicznym proszkiem. Szaleństwo i psychodelia na najwyższym poziomie. Przystojni chłopcy w creepersach i spodniach siedem ósmych.
                Wydawała się spełniona. Kiedy Węgierka znów coś palnęła, jej twarz powoli rozbłysła szerokim, ale wypracowanym uśmiechem na sześć zębów. Wyglądała jakby dobrze się bawiła sama ze sobą, jak i w towarzystwie innych pasażerów. W niej również była radość. Może do dobrego samopoczucia wystarczało jej poczucie ładnego wyglądu? A w konsekwencji wesołe podejście do życia owocowało zdrowym optymizmem?
                Były jak dwa przeciwne bieguny. Słońcem spalona, suchym powietrzem smagana, nieokrzesana, wiejska i ostentacyjnie wesoła Bileterka oraz platynowa, aryjska Niemka, wcielenie stylu, młodości, piękna i niekończącej się zabawy. To, co u jednej było na wyciągnięcie dłoni, u drugiej chowało się za fasadą wypracowanego wyglądu. Spontaniczna radość. To, co u pierwszej było nieświadomie głęboko skrywane, u drugiej widoczne było na przelotny rzut oka. Piękno.
                Obie na swój sposób były szczęśliwe, w to nie wątpię. Bo szczęśliwego człowieka rozpoznać całkiem łatwo. Nie bije od niego żadna aura, strumień niebieskiej światłości, aureola, mandala, swastyka, nóg nie oplatają krasnale i leśne zwierzątka. Nie potrzeba długotrwałej obserwacji. Widać to w pojedynczym spojrzeniu, grymasie. Taka osoba ma w sobie intuicyjnie wyczuwalne ciepło. Przynajmniej ja to tak widzę.
                Tego lata, tu, na Węgrzech, w wiosce dechami zabitej, odkryłam kilka rzeczy.

Nuda zmusza do myślenia.
Nuda żywi artystów i uczonych.
Brzydota jest inspirująca.
Szukanie piękna w rzeczach brzydkich jest ekscytujące.
Tworzenie sztuki polega na przekuwaniu brzydoty w piękno.  Z rumowiska miernoty i braku głębszych znaczeń powstaje gładka, spójna i lśniąca całość.
Odbiór sztuki polega na wielokrotnym rozkładzie wyważonej lecz niewymuszonej doskonałej całości na czynniki i delektowaniu się odkrytym w tym procesie kunsztem dzieła.
Ale piękno jest względne.
Lubię naciskać nożem zawinięty w rulon naleśnik i obserwować biały serek wypływający przez dziurki w cieście.
To, jak nasze dzieło zostanie odebrane, nie zależy wyłącznie od poziomu jaki prezentuje, ale także od tego, jak sami je postrzegamy.


* Życzy pan sobie do tego cukier albo śmietankę?

Wali

Obserwatorzy

Layout by Yassmine