Filologia polska –
oto właśnie najbardziej humanistyczny z humanistycznych kierunków. To wręcz ich
królowa – bezwzględnie wymagająca, nieznosząca ignorancji, a jednak mająca do
zaoferowania naprawdę wiele dla swoich poddanych. W tym przypadku: studentów, z
których sporo marzy o byciu pisarzami i dlatego decydują się na studiowanie
polonistyki.
Osobiście
byłam zdecydowana na podjęcie nauki właśnie na tym kierunku już od pierwszej
klasy podstawówki. Jedynym godnym uniwersytetem (cóż, przeważyła generalnie
niewielka odległość) wydawał mi się Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu i
tam też złożyłam papiery po zdaniu matury. Dostałam się w pierwszym naborze,
uzyskawszy nienajgorsze, ale całkiem przeciętne wyniki z egzaminu dojrzałości,
więc nie martwcie się. Z tego, co wiem, polonistyki, nieważne, czy to w
Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku czy innym mieście, zawsze szeroko
otwierają ramiona, by przygarnąć do siebie jak najwięcej studentów. Co prawda
wielu później rezygnuje, bo zderzenie z rzeczywistością okazuje się być zbyt
bolesne. Musicie bowiem wiedzieć, że polonistyka dla większości osób, nie będących
jej pasjonatami, potrafi być wyboistą drogą. Z wieloma ostrymi zakrętami,
zarwanymi mostami, pod którymi płynie porywista rzeka, przepaściami i
absurdalnie postawionymi na środku murami, których – jeśli nie ma się sposobu –
nie da się obejść czy przeskoczyć. Las BN-ek (czyli, dla niewtajemniczonych,
lektur wydawanych w ramach serii Biblioteka Narodowa przez Zakład Narodowy im.
Ossolińskich), fonetyczne czarne dziury, leksykologiczne Himalaje i
interpretacyjne bagna. Nie mam pretensji do ludzi, którzy odradzali mi wybranie
tego kierunku. „Nie znajdziesz pracy” – słyszałam najczęściej. Ktoś inny tylko
prychał czy wzruszał ramionami, a starszy kolega z czwartego roku powiedział:
„Nie chce mi się wierzyć, że naprawdę tu jesteś. Tak ci współczuję”. Ale dwie
rzeczy są pewne: moje studia bardzo mi się podobają. I poszerzają horyzonty tak
bardzo, że już po pół roku stajesz się zupełnie innym człowiekiem. Otwartym i
odważnym zarówno w wysnuwaniu swoich poglądów, jak i ich modulowaniu.
Trzy taktyki
przetrwania na polonistyce:
1)
Totalna olewka i liczenie na szczęście. Sprawdza
się w 50% przypadków.
2)
Ostra harówa, brak czasu na sen, posiłki czy
choćby mycie zębów. Skuteczność: 80%.
3)
Tylko dla geniuszów-krętaczy: załatwienie lewych
zwolnień, pokazanie się wyłącznie na egzaminach, zdanie ich na trójkę tylko
dlatego, że ma się 200 punktów IQ. Skuteczność: 0,000001%.
Niektóre
przedmioty (w tym wszystkie wykłady) w moim przypadku zdałam dzięki metodzie
numer jeden. Ale jeżeli chodzi o HLP, czyli Historię Literatury Polskiej,
absolutnie NAJWAŻNIEJSZY PRZEDMIOT (nieważne, co mówią inni), nie dało się.
Tylko praca w pocie czoła zapewni tu sukces, co tyczy się też Nauki o
Współczesnym Języku Polskim. Resztę (może z wyjątkiem łaciny) można odpuścić,
między innymi dlatego, że to strata czasu. Tak, moi mili, jeżeli myśleliście,
że na studiach będziecie się uczyć samych pożytecznych
rzeczy, a przynajmniej wiążących się z innymi zagadnieniami, to jesteście w
błędzie. Przykład: Leksykologia i Leksykografia. Przeciętnemu człowiekowi
powinna wystarczyć wiedza, jak korzystać ze słownika. Polonista musi wiedzieć,
ile haseł zawiera słownik Doroszewskiego, gdzie został wydany i w którym roku,
ile leksemów występuje w zdaniu: „Król i królowa umiejętnie władali swym królestwem”
i co to w ogóle ten leksem jest. Od razu zwrócę się do przyszłych twórców,
którzy chcą pójść na polonistykę, bo myślą, że to im w czymś pomoże: marne
szanse.
Ponieważ
studiuję na poznańskiej uczelni, zaznaczam, że nie wiem dokładnie, jak to jest
ze sposobami nauczania w Warszawie czy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chcę się
podzielić natomiast moimi doświadczeniami, nabytymi przez rok studiowania na
UAM. U nas już w drugim semestrze musieliśmy wybrać specjalizację, czyli
dokładny tryb nauczania, związany z karierą zawodową. Grubo po dwudziestej
pierwszej zebraliśmy się w dwieście osób w największej sali wykładowej. I tak
nie mieściliśmy się na krzesłach, więc wielu okupowało schodki i każdy inny
wolny fragment przestrzeni. Szefowie zakładów zebrali się na środku przy
katedrze. Zaczęto od specjalności artystyczno-literackiej. Pan doktor z wielkim
spokojem obwieścił wszem i wobec, że jako jedyny nie ma przygotowanej
prezentacji w Power Point, bo po co? Uśmiechając się szeroko, zaprosił
grzecznie studentów do nauki specjalności, jakiej jest patronem, ale
powiedział, że po art.-licie zawodu nie nabędziemy. „To jest uniwersytet” –
kontynuował. „Jeśli chcecie mieć zawód, idźcie do szkoły zawodowej. Bądźcie
ślusarzami, hydraulikami i kucharzami. Wtedy zdobędziecie wykształcenie
zawodowe. Wówczas znajdziecie pracę. To jest uniwersytet” – powtórzył. „Tu się
nie zdobywa zawodu, tylko wiedzę. Tu poszerza się perspektywy naukowe, nie na
przyszłość”. Kilka osób się roześmiało. Większość wymieniła między sobą ponure
spojrzenia. Nie mam żalu do pana doktora, bo powiedział prawdę. Ale on również
nie powinien mieć, że nie wybrałam reprezentowanego przez niego specjalności.
Co prawda uczą tam, jak pisać wiersze (wyobraźcie sobie, że owszem, nie trzeba
mieć weny, żeby stworzyć wielką poezję), opowiadania i inne formy literackie.
Ale co z tego, że będziecie wiedzieć, jak napisać książkę czy tomik wierszy,
kiedy zabraknie wam funduszów, by Wasze dzieło zostało opublikowane? Kierując
się takim myśleniem (nie jestem pewna, czy słusznym; ten punkt widzenia
podziela wszakże większość mojego kierunku, a „artyści” dobrze wiedzą, w co się
wpakowali - na razie nic ich nie obchodzi prócz sztuki, są przecież jednostkami
wybitnymi. Mam wśród nich sporo dobrych znajomych i zawsze odznaczałam się
czasem zbyt wysoką tolerancją, ale są i tacy, którzy śmieją się z „artystów” w
żywe oczy), wybrałam dwie specjalności: nauczycielską i wydawniczą. Dostałam
się również na dziennikarską, ale – choć można studiować nawet do trzech
specjalizacji, co jednak wiąże się z dodatkowymi kosztami – zrezygnowałam, bo
chcę mieć trochę czasu wolnego. Choćby po to, by postukać w klawisze i spłodzić
w Wordzie kilka słów na różne tematy. O ile na pierwszą ze specjalizacji nie
trzeba było zupełnie nic robić (i, wyobraźcie sobie, że na zajęcia również nic,
przez co szybko doszłam do wniosku, że zawód nauczyciela jest jednym z mniej
wymagających, a szacunek, o który tak zabiegają, nie do końca im się należy),
to żeby dostać się na drugą, trzeba było zdać egzamin.
Był
trudny. Chętnych – ponad sto osób. Trzeba było się przyłożyć. Później – wybuch
radości lub rozpaczy. Dostała się niespełna połowa, a to i tak bardzo dobrze.
Utworzono od tego roku dwie grupy, a wcześniej była tylko jedna, licząca
niespełna trzydziestoosobową garstkę najwybitniejszych. Przedmioty związane z
wydawnictwem – koszmar. Same nudne wykłady, ale na szczęście tylko przez
pierwszy semestr trwania specjalizacji. Podstawy prawne działalności
wydawniczej (przynajmniej teraz, przy wydawaniu własnej książki, nikt nie zrobi
mnie w bambuko), podstawy edytorstwa (okropność, chyba, że lubi się cyferki,
ale ja nigdy nie zapamiętałam, ile miejsc po przecinku stoi cyfra oznaczająca
grubość bibuły i w którym wieku używano jakiej matrycy do odbijania tekstu) oraz
edytorstwo naukowe (tu już lepiej, zaliczenia były od ręki, prowadzone przez
najukochańszego profesora, ale jednocześnie dowiedziałam się chociażby, jak
działał pierwszy polski kserograf). Wciąż więc mam nadzieję, że dostanę pracę w
zawodzie, którego się uczę (jednego albo drugiego). I że uda mi się ukończyć
studia, bo nie udało mi się zapanować nad całym materiałem i we wrześniu czeka
mnie egzamin z Historii Literatury Polskiej.
Wracamy
tutaj do zacnych BN-ek. Uczenia się na pamięć ich wstępów (stanowiących czasem
50% całej zawartości książki) i analizowania treści. Około sześćdziesiąt cztery
lektury. Do tego: pięć podręczników i dwa słowniki. O ich ściągnięcie z
bibliotecznej półki musiałam zawsze prosić silniejszego kolegę. To samo z
rozmaitymi antologiami. Za takim tomiszczem spokojnie mogłabym się schować i
nikt już nigdy by mnie nie znalazł. Plus artykuły na każde zajęcia, czasem
jeden, czasem trzy, od trzydziestu do trzystu stron. Ale na ostatnich zajęciach
okazało się, że pan Doktor (tak, akurat jemu należy się wielka litera) spędzał
nam sen z powiek tymi artykułami, ponieważ nie traktował naszej grupy jak
zwykłych studentów. Musieliśmy zaprzyjaźnić się z „Pamiętnikiem Literackim”,
używać dzieła Pietraszki zamiast poduszki (nie chcecie wiedzieć, ile ma stron
jego „Doktryna literacka polskiego klasycyzmu”), ale wszystko po to, by
wiedzieć więcej, niż reszta naszych kolegów i koleżanek. „Zakrawacie na
magistrów i doktorów, a wstępy są dla szarych studenciaków, więc podziękujcie
mi za katorgę, którą wam zgotowałem. Możecie się zrzucić na bukiet kwiatów.
Albo nie, nie lubię zielska. Dobrze wiecie, co mnie ucieszy”. Za to
obwieszczenie kilka koleżanek z grupy (które wytrwały, bo Doktor tak nas
wszystkich zastraszył na początku – zresztą, słusznie – że połowa od razu
zrezygnowała ze studiowania) miało ochotę Doktora udusić, ale akurat ja byłam
dumna z tego, co powiedział. Zmaltretował nas doszczętnie, ale prowadzone przez
niego zajęcia były najlepszymi, w jakich uczestniczyłam. Nie sposób było się
nudzić, kiedy inni na zajęciach u pozostałych prowadzących po prostu
przysypiali. Co prawda nie omawialiśmy lektur, tylko debatowaliśmy nad
rozmaitymi teoriami oświeceniowymi, ale przy tym poznaliśmy szczegóły z życia
księżnej Izabeli Czartoryskiej i dowiedzieliśmy się, dlaczego Mickiewicz nie
dotarł na powstanie. Byłam oczarowana Historią Literatury Polskiej i nadal
jestem. Reszta przedmiotów naprawdę wypada blado na tym tle.
Warto
jeszcze chyba jednak wspomnieć nieco więcej o Nauce o Współczesnym Języku
Polskim. Po pierwszych trzech zajęciach połowa roku pisała „rzeka” przez „ż”, a
slajdy z prezentacji spisywała w slawistycznym alfabecie fonetycznym. To jeden
z trudniejszych przedmiotów, ale i tak wszyscy bardziej przeklinali język
łaciński. Wszystkie czasy, koniugacje, deklinacje… Jeśli ktoś w liceum nie
uczył się łaciny, a zamierza iść na polonistykę, podczas wakacji lepiej niech
weźmie się za naukę tego języka, bo to nie przelewki. Do tego dojdzie historia
antyczna i wtedy… poleje się krew.
Mimo
wszystko, co trochę dziwne, czas na wyskoczenie na miasto z przyjaciółmi zawsze
się znalazł. A nowych przyjaciół – sporo. Towarzystwa bardzo zróżnicowane.
Poznańską polonistykę tworzą metale, Żydzi, gorliwi obrońcy przyrody, katolicy,
alternatywni, protestanci, hipsterzy, lalki Barbie, homoseksualiści, fanki
„Zmierzchu”, biseksualiści, chorzy, zdrowi, fani Slasha, szaleni, pasjonaci,
hejterzy… Ale przede wszystkim: DZIEWCZYNY. Moje panie. Jeśli szukacie na
polonistyce chłopaka, bardzo się zawiedziecie. Jeśli będzie fajny, to już
zajęty – przez chłopaka albo inną dziewczynę. Jeśli szukacie spokoju – nie
uświadczycie go, bo mimowolnie zostaniecie wplątane w intrygi, nawet o tym nie
wiedząc. Próbując zostać anonimowymi, Wasze działania skończą się fiaskiem, bo
plotkary na pewno znajdą jakieś brudy na Wasz temat (najczęściej nieprawdziwe),
by uprać je na forum wszystkich zgromadzonych w podziemnej kafejce (albo innym
miejscu, gdzie przebywa mnóstwo Waszych znajomych). Jest szalenie intrygująco.
I przeważnie wesoło, ale naprawdę bardzo brakuje facetów, którzy rozładowaliby
napiętą sytuację. Na szczęście prócz nauki są różne imprezy organizowane przez
wspaniałe samorządy studenckie. Czasem odbywają się po kilka w tym samym
czasie. Istnieje też mnóstwo kół, nie tylko literackich, do których można przynależeć.
Możliwości jest naprawdę sporo i trudno z początku się odnaleźć, zwłaszcza,
jeśli z małej miejscowości przybywacie do zupełnie innego środowiska. W końcu
jednak zaczynacie rozumieć, że wydział, na jakim studiujecie królową nauk
humanistycznych, stał się dla was drugim domem. Jeszcze lepszym niż Hogwart. Tu
jest wasza druga rodzina, którą tworzą zarówno koledzy jak i prowadzący
zajęcia. Znajdzie się tu i Snape, i Umbridge (zawsze, w każdym dziekanacie na
każdym wydziale, unikać jak ognia!) i Dumbledore, i niejeden Ron czy Hermiona,
bo to bardzo liczny kierunek i wręcz nie ma możliwości mieć kontaktu z każdym.
Ale w znajomościach można przebierać, więc dla mnie stanowi to plus. Rozwinąć
można się bowiem nie tylko dzięki zajęciom, ale i nowym przyjaciołom.
Reasumując,
polonistykę polecam wszystkim, którzy zdają sobie sprawę z tego, że nie zawsze
jest sielankowo. Jeśli chcecie znaleźć dobrą pracę, posłuchajcie rodziców:
zostańcie dentystami. Ale jeżeli jesteście pewni, że kochacie literaturę,
potrafiącą być czasem jak stary silnik, który trzeba rozebrać, upaprać się w
międzyczasie smarem, a później powolutku złożyć każdą z ponad stu części, by
przekonać się, „how it’s made”, to trafiliście w dziesiątkę. (Od razu zaznaczę,
że nie mam praw autorskich do tego porównania, ukradłam je Doktorowi z
pierwszych zajęć, które zapamiętam do końca życia). Macie moje słowo, że na
imprezę znajdziecie czas na pewno, ale wówczas same piątki to raczej odległe
marzenie.
W
razie pytań – piszcie w komentarzach. Postaram się udzielić jak
najkonkretniejszej odpowiedzi.
Z
najlepszymi życzeniami, byście podjęli słuszny wybór, który wpłynie na Waszą
dalszą przyszłość oraz gorącymi zaproszeniami na poznański Wydział Filologii
Polskiej i Klasycznej,
Neifile