Prozaicy to blog, na którym organizowane są konkursy literackie, od czasu do czasu pojawią się różne porady dotyczące pisania, wskazówki albo recenzje, felietony, reportaże. Blog ma na celu nie tylko popularyzowanie wśród młodych osób czytanie książek, ale też zachęcanie do tworzenia własnych opowiadań i powieści, które w przyszłości mają szanse pojawić się na domowych biblioteczkach.
Kontakt: E-MAIL: PROZAICY@VP.PL oraz FACEBOOK: TUTAJ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

Co sprawia, że książka jest dobra?

Ostatnimi czasy miałem przyjemność stoczyć kilka internetowych utarczek słownych na temat wyższości jednej książki nad drugą. Choć wirtualne przepychanki zwykle nie kojarzą się z niczym miłym, to konflikty dotyczące literatury nie mają nic wspólnego ze znanymi wszystkim wojnami w komentarzach. Zamiast normalnych w takich sytuacjach przekleństw i mało wyszukanych wyzwisk, mimo często występującej ogromnej różnicy zdań, miejsce miała jedynie wymiana argumentów z pełnym poszanowaniem drugiej strony. Po pierwszym zachwycie kilkugodzinną i wielostronną dyskusją zacząłem zastanawiać się dlaczego z takim zapałem broniłem akurat tych książek oraz autorów i na co patrzę określając czy dana pozycja była warta mojego czasu? Dobrnąłem do kilku wniosków, a ponieważ każdy ocenia teksty według innych czynników, zapraszam do skonfrontowania waszych priorytetów z moimi.
Ze względu na to, że czytam głównie fantastykę, większość moich przemyśleń dotyczy właśnie tego gatunku. Wybaczcie ;)

Wszyscy czytają Fredrę





W zeszłym roku Polska czytała „Pana Tadeusza”, a w tym szarpnęła się na największe literackie działa z dorobku Aleksandra Fredry. A wszystko zaczęło się w 2012 r. od projektu Prezydenta Komorowskiego „Narodowe Czytanie”, którego celem jest przypomnienie i przybliżenie ludziom tych dzieł, z których Rzeczpospolita dumną być powinna. W jaki sposób? Poprzez publiczne, głośne czytanie.

Aleksander Fredro był pisarzem tworzącym w epoce romantyzmu, ale swoimi tekstami nie pasował do innych autorów z tamtego okresu. Zamiast poświęcać się w swoich dziełach miłości, stawiał przede wszystkim na śmiech, który był w tamtych czasach niezwykle ludziom potrzebny. Jest najsłynniejszym polskim komediopisarzem, w swoim dorobku mając takie teksty jak „Zemsta”, „Śluby panieńskie” czy m.in. znany wszystkim wiersz opowiadający o Pawle i Gawle. Jest także jedną z kilku osób, którym przypisuje się stworzenie XIII księgi „Pana Tadeusza”.

Tajemnice historii z sercem, czyli dlaczego Lucy Maud Montgomery wciąż znajduje wielbicieli




Wiele osób zarzuca historiom Maud, że są zbyt piękne, by były prawdziwe. Nie zgadzają się z nimi, ponieważ kończą się one zawsze szczęśliwie, pomimo zawiłości fabuły i licznych przeciwności losu. Uważają, że w prawdziwym życiu coś podobnego nie miałoby miejsca. Poniekąd mają rację, bo Montgomery pisała o swoich pragnieniach, o tym, czego jej samej brakowało w życiu – miłości i przyjaźni. Co więcej, Kanadyjka nigdy nie wstydziła się pisać o uczuciach i robiła to na swój, być może dziecięco naiwny sposób. Jednakże czy rzeczywiście opowieści Maud są zbyt piękne, by mogły wydarzyć się naprawdę?

Pisać każdy może, ale nie każdy powinien


Pisać każdy może. Jest w tej idei coś pięknego. Niespełniona gospodyni domowa, młody student bez większego doświadczenia, czy człowiek biznesu, który cały dzień żyje pracą, a wieczorem może tworzyć dzieło życia - wszyscy oni mogą zabłysnąć talentem. Kto wie, być może raz na zawsze zmienić oblicze literatury. Nie trzeba kończyć wielkich szkół, mieć protektoratu królów, poszukiwać mecenasów. Po prostu usiąść i pisać, a potem książkę zatytułować i gotowe. Można swoją pracę wysłać do wydawnictw i czekać na odpowiedź.


O tym, że czytać warto wie każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie. Zalet sięgania po literaturę jest niezliczenie wiele. Od ćwiczenia swojej wyobraźni po wzbogacanie swojego słownictwa. Dlatego liczne kampanie, które mają Polaków zachęcać do czytania, mogą być mniej lub bardziej skuteczne, jednak wszystkie są dobrymi inicjatywami. Telewizja, radio, prasa, różne media pragną spopularyzować czytelnictwo.

Brzmi to pięknie, aż chce się iść do księgarni. Problem pojawia się dopiero, kiedy stoimy przed półkami i ku naszemu zdziwieniu, w bestsellerach znajdujemy książki znanych i często wcale nie lubianych gwiazd. Zresztą wcale nie trzeba udawać się do sklepu, bo „co lepsze” fragmenty z pewnością pojawiły się już w sieci.

Pijani



Czasami, idąc ulicą, możesz usłyszeć głośne okrzyki, równie głośno zachowujących się ludzi. Przechodzisz obok nich, do twoich uszu docierają wulgaryzmy, chwilę później wesołe wrzaski. Dopiero wtedy, kiedy oddalisz się od nich już wystarczająco daleko, ci jakby właśnie się zorientowali, że ktoś inny pojawił się w pobliżu, i wołają za tobą, zapraszając cię na „urodzinowego kieliszka”. Kiedy okaże się, że jesteś kobietą, to zamiast częstować cię słodkim winem, słodko skomplementują różne części twojego ciała. 


O Mary i Marysi, czyli Polska versus Reszta Świata



Mary Sue, nastolatka

Rzecz się dzieje w Anglii, gdzieś w okolicach Londynu. Mary Sue jest nastolatką, dobrze wychowaną dziewczyną, która chodzi do żeńskiej szkoły w bordowym mundurku. Mary Sue jest kochaną córką i zawsze dostaje piątki ze sprawdzianów, ma mnóstwo przyjaciół, ciągle się uśmiecha. Ma długie blond włosy i jest śliczna, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. No i podkochują się w niej wszyscy chłopcy, ale ona jest bardzo niewinna i dopiero kiedy poznaje Charliego, jej życie zmienia się diametralnie i odkrywa w sobie prawdziwe ja.


Maryś, dziołcha ze wsi

Maryśka to dobra dziołcha przeca je, mieszka kaś tam koło Pcimia czy we innej wsi pod Radomiem. Mo pieruńsko pikne oczy, ale wielki kichol i mysie włosy. Bardzo się tym zamartwia, ale cosik by nie wymyśliła i tak się nie do tego zmienić. Maryśka doi krowy i se czosem myśli, coby gryfnie było kaś wyjechać za granica i łoboczyć, co to je to życie, ale nawet gdyby łojciec Maryśki miał jeszcze ze dwie inksze krowy i trzy świniaki, to szmalu by jej nie stykło, żeby se kaj chałpa kupić.

O tych, co czytają liczby, i o tych, co czytają litery


O tych, co czytają liczby, i o tych, co czytają litery



Polacy to chyba lubią nazywać siebie nawzajem lepszymi albo gorszymi – tak mi się wydaje. Jedni domagają się swoich praw, inni ich linczują, a wszyscy razem dzielą całe społeczeństwo długą, grubą kreską.
Na łamach prasy różne się teksty pojawiają: raz ranking najbogatszych, a potem reportaż ze slumsów; raz o politykach, później o obywatelach; raz o humanistach, a kilka wydań później o ścisłowcach. I choć pierwsze przykłady są zawsze jak najbardziej aktualne, wciąż poruszane i istotne, tak niedawno ten ostatni pojawił się jako nowy problem ludzkości.
No bo kim lepiej być: matematykiem czy polonistą?

John Irving - król królów


                Król powieści i definitywny mistrz prozy - to przede wszystkim. Ale nie tylko. Władca ludzkich emocji, żongler życiowymi absurdami, w którego świecie „wieczór może być radosny, ale już następny ranek morderczy”. Siedemdziesięcioletni przystojniak, zodiakalny niedźwiedź, świetnie zdający sobie sprawę z tego, jak ważne jest ostrożne mijanie otwartych okien i wystrzeganie się zjadliwych wirusów. Nadopiekuńczy ojciec, były zapaśnik, fanboy Austrii i niedźwiedzi. John Irving.




                Nie potrafię Wam powiedzieć, jak zaczęła się moja przygoda z książkami, które wyszły spod jego pióra. Nie przypominam sobie również, kiedy to było, ale trochę już od tego momentu minęło. Pewnego razu po prostu udałam się do miejskiej biblioteki. Spacerowałam między półkami, gdy mój wzrok trafił na „Hotel New Hampshire”. Jak to się stało, że ta wspaniała książka znalazła się w moich rękach? Przecież niczym się nie wyróżniała. Była taka ot, dwa na trzy, nie za duża, nie za mała, nie za gruba, nie za chuda, z konturem hotelu na ciemnym tle. Po powrocie do domu bardzo długo leżała na półce, aż w końcu ją otworzyłam i… nie zamknęłam, póki nie skończyłam. Czytałam caluteńką noc i poranek, nie wychodząc z łóżka. Pamiętam, że mama w końcu otworzyła drzwi mojego pokoju, a później zobaczyła mnie całą zapłakaną w pościeli. Płaczę przy każdej książce Irvinga, zawsze przy końcu. Ale w trakcie wybucham nieopanowanym śmiechem, co czyni ze mnie wariatkę. Co czyni z każdego czytelnika Irvinga wariata. I co mówi sporo o autorze.



                Z prywatnej biblioteczki





               Nikt nie podejrzewał, że mały Johnny zostanie kiedyś wielkim twórcą. Zasady ortografii były dla niego początkowo barierą nie do przejścia. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych nie wiedziano jeszcze, czym tak naprawdę jest dysleksja. Może dzięki temu, że jako młody uczeń Irving nie otrzymał papieru, dzięki któremu mógł zdawać egzaminy przy nieprzestrzeganiu zasad pisowni, poświęcił wiele czasu, aby dorównać innym swoim kolegom. Pracował zdecydowanie ciężej niż inni, by opanować ortografię, a później nawet zdecydował się podjąć studia związane z literaturą angielskojęzyczną i pisarstwem. Owoc tych działań i echo wędrówki po Europie (a zwłaszcza przygód w Austrii – podróże do tego państwa są częstym motywem powieści Irvinga) stanowi pierwsza powieść, „Uwolnić niedźwiedzie”. Debiut nastąpił w dwudziestym szóstym roku życia świeżo upieczonego autora. Powieść zgarnęła bardzo pozytywne recenzje, ale kiepsko się sprzedawała, tak jak i początkowo kolejne książki Irvinga. Swoją irytację związaną z tym faktem oraz inne utrapienia pisarza zgromadził i usytuował w postaci S. T. Garpa w jednej z kolejnych powieści, „Świecie według Garpa”. Opowiada ona o losach tytułowego bohatera, poczętego w bardzo niezwykły sposób. Jego matka, Jenny Fields, „chciała pracować i żyć samotnie […]. A poza tym chciała mieć dziecko, nie dzieląc z nikim swojego ciała ani życia”. Ponieważ była pielęgniarką, a trwała właśnie druga wojna światowa, wykorzystała dobry moment. Usiadła na dogorywającym pacjencie z erekcją i osiągnęła swój cel. Była wspaniałą kobietą, zdolną do wielu poświęceń, o dobrym sercu, ale nierozumiejącą żądzy, pojawiającej się wielokrotnie na kartach powieści, czy to w rozmowie z austriackimi prostytutkami, czy to podczas romansów Garpa i jego żony (w pewnym momencie nawet z innym zaprzyjaźnionym małżeństwem). W powieści ważny jest ruch feministek, stowarzyszenie jamesjanek, walka o przyzwoitość i etykę, ale dla mnie „Świat według Garpa” stał się pisarską biblią. Tak jak powiedział kiedyś sam syn Irvinga: „To opowieść o pisarzu”. Zawiera wiele cennych wskazówek oraz opisów mąk twórczych, niezadowolenia z braku czytelników, a nawet prawa rynku czytelniczego (tak naprawdę można wydać mierną książkę, ale jeśli zostanie ona opublikowana w odpowiednim czasie, stanie się bestsellerem).

                Ostatnią pochłoniętą przeze mnie książką Irvinga jest „Modlitwa za Owena”, znajdująca się na liście stu książek, które każdy człowiek powinien w swoim życiu przeczytać według opinii BBC. Rozpoczyna ją znamienne zdanie, od którego zaczyna się również wspaniały film, oparty na motywach powieści: „Do końca życia będę pamiętał chłopca o ochrypłym głosie – nie dlatego, że miał taki właśnie głos, ani dlatego, że był najmniejszy w klasie, ani nawet dlatego, że przyczynił się do śmierci mojej matki, ale z tego powodu, iż dzięki niemu wierzę w Boga”. Tytułowy Owen Meany jest najlepszym przyjacielem narratora, Johnny’ego Wheelwrighte’a. Całe życie będzie wzrostu przeciętnego pięciolatka, nigdy nie przejdzie mutacji, a w dodatku pozbawiono go poczucia humoru. Ale jego wiara jest ogromna. Chłopiec widzi siebie jako narzędzie w rękach Boga, o którym ma własne mniemanie i żadna nauka żadnego kościoła nie jest w stanie go zmienić. Wszystko ma swój cel, a każdy człowiek jest uwikłany w plan Stwórcy. John początkowo w to nie wierzy. Wydaje się, że jego życiem rządzi przypadek. To los zadecydował, że pewnego razu Owen podczas meczu baseballowego odbije piłkę zbyt mocno i trafi nią prosto w głowę matki Johna, pięknej, dobrej i zdecydowanej Tabby, budzącej wielką sympatię czytelnika już od pierwszych stron książki. Ostatecznie okazuje się, że plan Boga nie tylko istnieje, ale zostaje perfekcyjnie realizowany przez jego dzieci. Ale nic na siłę. Lektura nie nakłania czytelników do chrześcijaństwa czy jakiejś innej konkretnej wiary. Przede wszystkim bawi i jednocześnie nakłania do myślenia, natomiast pancernik pozbawiony przednich łap i statystyki zmarłych w Wietnamie żołnierzy to tylko drogowskazy, prowadzące do odkrycia tajemnicy.



           Bohaterowie i ich rodziny



                Każda postać w książkach Irvinga ma swój oryginalny charakter, choć jego cechy nie rzucają się w oczy. Bohaterowie nie są przerysowani, tylko bardzo życiowi. Nie są ani dobrzy, ani źli, lecz po prostu ludzcy. Ich losy przedstawione są od momentu poczęcia aż po śmierć. Czytając, poznaje się ich na wylot, siłą rzeczy zaprzyjaźnia, a gdy umierają – czuje się powinność noszenia żałoby. Moją ulubioną bohaterką, jak do tej pory, jest chyba Franny Berry z „Hotelu New Hampshire”. Dziewczyna-rakieta. Zawsze przebojowa, uparta, szczera, ładna i nieznośna. Najpierw zostaje zgwałcona przez drużynę futbolistów. Później nawiązuje krótki romans z austriacką niedźwiedzicą. Uprawia seks z nazistowskim terrorystą, ląduje w łóżku z młodszym bratem, a wreszcie udaje jej się spotkać miłość swego życia. Udowadnia, że na prawdziwe uczucie nigdy nie jest za późno, a jeśli jest się wystarczająco silnym, można osiągnąć wszystko i spełnić swoje marzenia.

                Cała rodzina Franny jest fantastyczna. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Pan Berry, stateczny nauczyciel, który wszak nie traci wiary w spełnienie marzenia o założeniu hotelu. Żyje tym marzeniem i udaje mu się założyć takie trzy. Jego żona, oddana matka i kobieta o wielkim sercu, która urodziła piątkę dzieci: sympatycznego homoseksualistę Franka, opisaną wcześniej Franny, przystojnego Johna, zakochanego we Franny, maleńką Lily, która chce zostać pisarką oraz jeszcze mniejsze Jajo. Nawet stary Bob z Iowa, trener zapasów i ojciec pana Berry’ego budzi sympatię, choć nie jest typowym dziadkiem. Więzy krwi u Irvinga nie są jednak jedynym elementem, jaki tworzy rodzinę. To głównie więzy przyjaźni między jej członkami i wspólne doświadczenia kształtują taką komórkę. Nic dziwnego, że rodzina Berrych to również pies Smutek (towarzyszący wszystkim zwłaszcza po śmierci), Żyd Freud, niedźwiedzica Suzy z bliznami po ospie oraz wszystkie prostytutki, z jakimi mieszkali w drugim z hoteli New Hampshire.
               



             
Dziwność czy prostota?



                Główny bohater to najczęściej John, zapaśnik i pisarz, pochodzący lub żyjący w stanie New Hampshire. Albo ma nadopiekuńczych rodziców, albo sam zostaje jednym z nich. Może w trakcie akcji wyjechać do Austrii, gdzie pewnie spotka sympatycznego niedźwiedzia lub też całe ich stado. Pewnie będzie zakochany w swojej siostrze lub też kuzynce. Albo jego najlepsza przyjaciółka będzie transseksualistką lub przynajmniej mocno zbudowanym babsztylem. Irving lubi korzystać z utartych motywów. Nie sili się ani na wymyślne imiona. Nie pisze o tym, czego nie zna. Wie, że sekret tkwi w prostocie. Jednocześnie drobne, niecodzienne elementy dodają jego dziełom sporo magii. To na przykład wcześniej wspomniany pancernik (przeczytawszy „Modlitwę za Owena” od deski do deski, nie dowiedziałam się, czy to zabawka, czy prawdziwe zwierzątko – tego nie dało się wywnioskować i gdy to wreszcie zrozumiałam, byłam pod wielkim wrażeniem), będący łącznikiem między Owenem a Johnem, gdy nie potrafili rozmawiać na temat śmierci Tabby. Albo niesamowity seksapil ukryty w postaci niskiej nauczycielki, która cały czas się jąka. Czy chociażby pies Smutek, którego bąki śmierdzą tak mocno, że tylko Franny wytrzymuje ze zwierzakiem w jednym pomieszczeniu, a po śmierci zostaje wypchany przez Franka i staje się przyczyną śmierci Boba. Pozornie nic nieznaczące elementy tworzą misterną pułapkę, w którą łapie się czytelnik. A gdy wszystko zaczyna się ze sobą łączyć i odbiorca wreszcie dostaje olśnienia, uczucie jest jedyne w swoim rodzaju.



Filmy



                Irving to też scenarzysta filmów, jakie powstały na kanwach jego powieści. Trudno ocenić, jak sobie poradził z tym zadaniem. Jestem przekonana, że tak świetnie, jak tylko mógł. Film to jednak zupełnie inna machina niż książka. Musi docierać do masowego odbiorcy, a nie wysublimowanego. Musi być w miarę krótki, by nie zanudzić, nie przemęczyć i głównie zapewnić rozrywkę. Tylko wtedy koszty się zwrócą. Z ekranizacji dzieł Irvinga obejrzałam do tej pory jedynie „Świat według Garpa” i „Simona Bircha” (na motywach „Modlitwy za Owena”). Ten pierwszy niestety mnie troszkę momentami nużył, ale pierwszoplanowa kreacja aktorska Robina Williamsa jest genialna (choć wyglądem troszkę nie pasuje do Garpa). Dzięki drugiemu filmowi w końcu polubiłam postać Owena (tutaj: Simona). Chłopiec jest naprawdę uroczy, trochę przemądrzały, ale bez wątpienia bohaterski. Ostatnie dwadzieścia minut po prostu płakałam, choć końcówka jest zupełnie inna niż w powieści, tak samo jak imiona oraz poniekąd fabuła. Nawet, jeśli obejrzycie film i stwierdzicie, że to gniot (nie jest zbyt ambitny, to trzeba przyznać, ale bije z niego wielkie ciepło, niesamowity humor i porządna refleksja), proszę, nie odwracajcie się od książki. To coś zupełnie innego.

                Czarny humor, bijący od bohaterów głód życia, tony złotych myśli – to kolejne elementy, za które tak bardzo kocham twórczość Johna Irvinga. Paradoksalnie, zapoznałam się z niewielką częścią jego autorskiego dorobku. Zważywszy, że jedną powieść Irving tworzy w ciągu pięciu lat, z czytaniem tych dwudziestu paru pozycji powinnam uwinąć się nieco szybciej. Daj Boże, by było ich trzydzieści a najlepiej jeszcze ze sto. Irvinga nigdy dość. To marka, która do tej pory mnie nie zawiodła. I jestem pewna, że nigdy tego nie zrobi. Chciałabym zakończyć, dzieląc się z Wami jednym z ulubionych cytatów ze „Świata według Garpa”, idealnym do tego celu.


                […] był prawdziwym pisarzem […] dlatego, że wiedział to, co powinien wiedzieć każdy artysta: że „człowiek rozwija się tylko, kończąc jedno, a zaczynając drugie". Nawet jeśli te tak zwane zakończenia i początki są złudzeniami. Garp nie pisał szybciej od innych ani więcej, po prostu pracował ze świadomością zakończenia dzieła.


Neifile 


Co i jak, czyli polonistyka z pierwszej ręki


                Filologia polska – oto właśnie najbardziej humanistyczny z humanistycznych kierunków. To wręcz ich królowa – bezwzględnie wymagająca, nieznosząca ignorancji, a jednak mająca do zaoferowania naprawdę wiele dla swoich poddanych. W tym przypadku: studentów, z których sporo marzy o byciu pisarzami i dlatego decydują się na studiowanie polonistyki.

                Osobiście byłam zdecydowana na podjęcie nauki właśnie na tym kierunku już od pierwszej klasy podstawówki. Jedynym godnym uniwersytetem (cóż, przeważyła generalnie niewielka odległość) wydawał mi się Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu i tam też złożyłam papiery po zdaniu matury. Dostałam się w pierwszym naborze, uzyskawszy nienajgorsze, ale całkiem przeciętne wyniki z egzaminu dojrzałości, więc nie martwcie się. Z tego, co wiem, polonistyki, nieważne, czy to w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku czy innym mieście, zawsze szeroko otwierają ramiona, by przygarnąć do siebie jak najwięcej studentów. Co prawda wielu później rezygnuje, bo zderzenie z rzeczywistością okazuje się być zbyt bolesne. Musicie bowiem wiedzieć, że polonistyka dla większości osób, nie będących jej pasjonatami, potrafi być wyboistą drogą. Z wieloma ostrymi zakrętami, zarwanymi mostami, pod którymi płynie porywista rzeka, przepaściami i absurdalnie postawionymi na środku murami, których – jeśli nie ma się sposobu – nie da się obejść czy przeskoczyć. Las BN-ek (czyli, dla niewtajemniczonych, lektur wydawanych w ramach serii Biblioteka Narodowa przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich), fonetyczne czarne dziury, leksykologiczne Himalaje i interpretacyjne bagna. Nie mam pretensji do ludzi, którzy odradzali mi wybranie tego kierunku. „Nie znajdziesz pracy” – słyszałam najczęściej. Ktoś inny tylko prychał czy wzruszał ramionami, a starszy kolega z czwartego roku powiedział: „Nie chce mi się wierzyć, że naprawdę tu jesteś. Tak ci współczuję”. Ale dwie rzeczy są pewne: moje studia bardzo mi się podobają. I poszerzają horyzonty tak bardzo, że już po pół roku stajesz się zupełnie innym człowiekiem. Otwartym i odważnym zarówno w wysnuwaniu swoich poglądów, jak i ich modulowaniu.

Trzy taktyki przetrwania na polonistyce:
1)      Totalna olewka i liczenie na szczęście. Sprawdza się w 50% przypadków.
2)      Ostra harówa, brak czasu na sen, posiłki czy choćby mycie zębów. Skuteczność: 80%.
3)      Tylko dla geniuszów-krętaczy: załatwienie lewych zwolnień, pokazanie się wyłącznie na egzaminach, zdanie ich na trójkę tylko dlatego, że ma się 200 punktów IQ. Skuteczność: 0,000001%.

                Niektóre przedmioty (w tym wszystkie wykłady) w moim przypadku zdałam dzięki metodzie numer jeden. Ale jeżeli chodzi o HLP, czyli Historię Literatury Polskiej, absolutnie NAJWAŻNIEJSZY PRZEDMIOT (nieważne, co mówią inni), nie dało się. Tylko praca w pocie czoła zapewni tu sukces, co tyczy się też Nauki o Współczesnym Języku Polskim. Resztę (może z wyjątkiem łaciny) można odpuścić, między innymi dlatego, że to strata czasu. Tak, moi mili, jeżeli myśleliście, że na studiach będziecie się uczyć samych pożytecznych rzeczy, a przynajmniej wiążących się z innymi zagadnieniami, to jesteście w błędzie. Przykład: Leksykologia i Leksykografia. Przeciętnemu człowiekowi powinna wystarczyć wiedza, jak korzystać ze słownika. Polonista musi wiedzieć, ile haseł zawiera słownik Doroszewskiego, gdzie został wydany i w którym roku, ile leksemów występuje w zdaniu: „Król i królowa umiejętnie władali swym królestwem” i co to w ogóle ten leksem jest. Od razu zwrócę się do przyszłych twórców, którzy chcą pójść na polonistykę, bo myślą, że to im w czymś pomoże: marne szanse.

                Ponieważ studiuję na poznańskiej uczelni, zaznaczam, że nie wiem dokładnie, jak to jest ze sposobami nauczania w Warszawie czy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chcę się podzielić natomiast moimi doświadczeniami, nabytymi przez rok studiowania na UAM. U nas już w drugim semestrze musieliśmy wybrać specjalizację, czyli dokładny tryb nauczania, związany z karierą zawodową. Grubo po dwudziestej pierwszej zebraliśmy się w dwieście osób w największej sali wykładowej. I tak nie mieściliśmy się na krzesłach, więc wielu okupowało schodki i każdy inny wolny fragment przestrzeni. Szefowie zakładów zebrali się na środku przy katedrze. Zaczęto od specjalności artystyczno-literackiej. Pan doktor z wielkim spokojem obwieścił wszem i wobec, że jako jedyny nie ma przygotowanej prezentacji w Power Point, bo po co? Uśmiechając się szeroko, zaprosił grzecznie studentów do nauki specjalności, jakiej jest patronem, ale powiedział, że po art.-licie zawodu nie nabędziemy. „To jest uniwersytet” – kontynuował. „Jeśli chcecie mieć zawód, idźcie do szkoły zawodowej. Bądźcie ślusarzami, hydraulikami i kucharzami. Wtedy zdobędziecie wykształcenie zawodowe. Wówczas znajdziecie pracę. To jest uniwersytet” – powtórzył. „Tu się nie zdobywa zawodu, tylko wiedzę. Tu poszerza się perspektywy naukowe, nie na przyszłość”. Kilka osób się roześmiało. Większość wymieniła między sobą ponure spojrzenia. Nie mam żalu do pana doktora, bo powiedział prawdę. Ale on również nie powinien mieć, że nie wybrałam reprezentowanego przez niego specjalności. Co prawda uczą tam, jak pisać wiersze (wyobraźcie sobie, że owszem, nie trzeba mieć weny, żeby stworzyć wielką poezję), opowiadania i inne formy literackie. Ale co z tego, że będziecie wiedzieć, jak napisać książkę czy tomik wierszy, kiedy zabraknie wam funduszów, by Wasze dzieło zostało opublikowane? Kierując się takim myśleniem (nie jestem pewna, czy słusznym; ten punkt widzenia podziela wszakże większość mojego kierunku, a „artyści” dobrze wiedzą, w co się wpakowali - na razie nic ich nie obchodzi prócz sztuki, są przecież jednostkami wybitnymi. Mam wśród nich sporo dobrych znajomych i zawsze odznaczałam się czasem zbyt wysoką tolerancją, ale są i tacy, którzy śmieją się z „artystów” w żywe oczy), wybrałam dwie specjalności: nauczycielską i wydawniczą. Dostałam się również na dziennikarską, ale – choć można studiować nawet do trzech specjalizacji, co jednak wiąże się z dodatkowymi kosztami – zrezygnowałam, bo chcę mieć trochę czasu wolnego. Choćby po to, by postukać w klawisze i spłodzić w Wordzie kilka słów na różne tematy. O ile na pierwszą ze specjalizacji nie trzeba było zupełnie nic robić (i, wyobraźcie sobie, że na zajęcia również nic, przez co szybko doszłam do wniosku, że zawód nauczyciela jest jednym z mniej wymagających, a szacunek, o który tak zabiegają, nie do końca im się należy), to żeby dostać się na drugą, trzeba było zdać egzamin.
               Był trudny. Chętnych – ponad sto osób. Trzeba było się przyłożyć. Później – wybuch radości lub rozpaczy. Dostała się niespełna połowa, a to i tak bardzo dobrze. Utworzono od tego roku dwie grupy, a wcześniej była tylko jedna, licząca niespełna trzydziestoosobową garstkę najwybitniejszych. Przedmioty związane z wydawnictwem – koszmar. Same nudne wykłady, ale na szczęście tylko przez pierwszy semestr trwania specjalizacji. Podstawy prawne działalności wydawniczej (przynajmniej teraz, przy wydawaniu własnej książki, nikt nie zrobi mnie w bambuko), podstawy edytorstwa (okropność, chyba, że lubi się cyferki, ale ja nigdy nie zapamiętałam, ile miejsc po przecinku stoi cyfra oznaczająca grubość bibuły i w którym wieku używano jakiej matrycy do odbijania tekstu) oraz edytorstwo naukowe (tu już lepiej, zaliczenia były od ręki, prowadzone przez najukochańszego profesora, ale jednocześnie dowiedziałam się chociażby, jak działał pierwszy polski kserograf). Wciąż więc mam nadzieję, że dostanę pracę w zawodzie, którego się uczę (jednego albo drugiego). I że uda mi się ukończyć studia, bo nie udało mi się zapanować nad całym materiałem i we wrześniu czeka mnie egzamin z Historii Literatury Polskiej.
               Wracamy tutaj do zacnych BN-ek. Uczenia się na pamięć ich wstępów (stanowiących czasem 50% całej zawartości książki) i analizowania treści. Około sześćdziesiąt cztery lektury. Do tego: pięć podręczników i dwa słowniki. O ich ściągnięcie z bibliotecznej półki musiałam zawsze prosić silniejszego kolegę. To samo z rozmaitymi antologiami. Za takim tomiszczem spokojnie mogłabym się schować i nikt już nigdy by mnie nie znalazł. Plus artykuły na każde zajęcia, czasem jeden, czasem trzy, od trzydziestu do trzystu stron. Ale na ostatnich zajęciach okazało się, że pan Doktor (tak, akurat jemu należy się wielka litera) spędzał nam sen z powiek tymi artykułami, ponieważ nie traktował naszej grupy jak zwykłych studentów. Musieliśmy zaprzyjaźnić się z „Pamiętnikiem Literackim”, używać dzieła Pietraszki zamiast poduszki (nie chcecie wiedzieć, ile ma stron jego „Doktryna literacka polskiego klasycyzmu”), ale wszystko po to, by wiedzieć więcej, niż reszta naszych kolegów i koleżanek. „Zakrawacie na magistrów i doktorów, a wstępy są dla szarych studenciaków, więc podziękujcie mi za katorgę, którą wam zgotowałem. Możecie się zrzucić na bukiet kwiatów. Albo nie, nie lubię zielska. Dobrze wiecie, co mnie ucieszy”. Za to obwieszczenie kilka koleżanek z grupy (które wytrwały, bo Doktor tak nas wszystkich zastraszył na początku – zresztą, słusznie – że połowa od razu zrezygnowała ze studiowania) miało ochotę Doktora udusić, ale akurat ja byłam dumna z tego, co powiedział. Zmaltretował nas doszczętnie, ale prowadzone przez niego zajęcia były najlepszymi, w jakich uczestniczyłam. Nie sposób było się nudzić, kiedy inni na zajęciach u pozostałych prowadzących po prostu przysypiali. Co prawda nie omawialiśmy lektur, tylko debatowaliśmy nad rozmaitymi teoriami oświeceniowymi, ale przy tym poznaliśmy szczegóły z życia księżnej Izabeli Czartoryskiej i dowiedzieliśmy się, dlaczego Mickiewicz nie dotarł na powstanie. Byłam oczarowana Historią Literatury Polskiej i nadal jestem. Reszta przedmiotów naprawdę wypada blado na tym tle.


               Warto jeszcze chyba jednak wspomnieć nieco więcej o Nauce o Współczesnym Języku Polskim. Po pierwszych trzech zajęciach połowa roku pisała „rzeka” przez „ż”, a slajdy z prezentacji spisywała w slawistycznym alfabecie fonetycznym. To jeden z trudniejszych przedmiotów, ale i tak wszyscy bardziej przeklinali język łaciński. Wszystkie czasy, koniugacje, deklinacje… Jeśli ktoś w liceum nie uczył się łaciny, a zamierza iść na polonistykę, podczas wakacji lepiej niech weźmie się za naukę tego języka, bo to nie przelewki. Do tego dojdzie historia antyczna i wtedy… poleje się krew.
               
                Mimo wszystko, co trochę dziwne, czas na wyskoczenie na miasto z przyjaciółmi zawsze się znalazł. A nowych przyjaciół – sporo. Towarzystwa bardzo zróżnicowane. Poznańską polonistykę tworzą metale, Żydzi, gorliwi obrońcy przyrody, katolicy, alternatywni, protestanci, hipsterzy, lalki Barbie, homoseksualiści, fanki „Zmierzchu”, biseksualiści, chorzy, zdrowi, fani Slasha, szaleni, pasjonaci, hejterzy… Ale przede wszystkim: DZIEWCZYNY. Moje panie. Jeśli szukacie na polonistyce chłopaka, bardzo się zawiedziecie. Jeśli będzie fajny, to już zajęty – przez chłopaka albo inną dziewczynę. Jeśli szukacie spokoju – nie uświadczycie go, bo mimowolnie zostaniecie wplątane w intrygi, nawet o tym nie wiedząc. Próbując zostać anonimowymi, Wasze działania skończą się fiaskiem, bo plotkary na pewno znajdą jakieś brudy na Wasz temat (najczęściej nieprawdziwe), by uprać je na forum wszystkich zgromadzonych w podziemnej kafejce (albo innym miejscu, gdzie przebywa mnóstwo Waszych znajomych). Jest szalenie intrygująco. I przeważnie wesoło, ale naprawdę bardzo brakuje facetów, którzy rozładowaliby napiętą sytuację. Na szczęście prócz nauki są różne imprezy organizowane przez wspaniałe samorządy studenckie. Czasem odbywają się po kilka w tym samym czasie. Istnieje też mnóstwo kół, nie tylko literackich, do których można przynależeć. Możliwości jest naprawdę sporo i trudno z początku się odnaleźć, zwłaszcza, jeśli z małej miejscowości przybywacie do zupełnie innego środowiska. W końcu jednak zaczynacie rozumieć, że wydział, na jakim studiujecie królową nauk humanistycznych, stał się dla was drugim domem. Jeszcze lepszym niż Hogwart. Tu jest wasza druga rodzina, którą tworzą zarówno koledzy jak i prowadzący zajęcia. Znajdzie się tu i Snape, i Umbridge (zawsze, w każdym dziekanacie na każdym wydziale, unikać jak ognia!) i Dumbledore, i niejeden Ron czy Hermiona, bo to bardzo liczny kierunek i wręcz nie ma możliwości mieć kontaktu z każdym. Ale w znajomościach można przebierać, więc dla mnie stanowi to plus. Rozwinąć można się bowiem nie tylko dzięki zajęciom, ale i nowym przyjaciołom.

                Reasumując, polonistykę polecam wszystkim, którzy zdają sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest sielankowo. Jeśli chcecie znaleźć dobrą pracę, posłuchajcie rodziców: zostańcie dentystami. Ale jeżeli jesteście pewni, że kochacie literaturę, potrafiącą być czasem jak stary silnik, który trzeba rozebrać, upaprać się w międzyczasie smarem, a później powolutku złożyć każdą z ponad stu części, by przekonać się, „how it’s made”, to trafiliście w dziesiątkę. (Od razu zaznaczę, że nie mam praw autorskich do tego porównania, ukradłam je Doktorowi z pierwszych zajęć, które zapamiętam do końca życia). Macie moje słowo, że na imprezę znajdziecie czas na pewno, ale wówczas same piątki to raczej odległe marzenie.
               
                W razie pytań – piszcie w komentarzach. Postaram się udzielić jak najkonkretniejszej odpowiedzi.
               
                Z najlepszymi życzeniami, byście podjęli słuszny wybór, który wpłynie na Waszą dalszą przyszłość oraz gorącymi zaproszeniami na poznański Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej,


Neifile

Obserwatorzy

Layout by Yassmine